FC Porto grające w finale Ligi Mistrzów przeciwko AS Monaco, występy Deportivo czy PSV Eindhoven w półfinałach LM – te czasy już dawno odeszły do lamusa. Z rzadka wspominane są jedynie przez futbolowych romantyków niemogących się pogodzić z obecnym obliczem ich ukochanego sportu. Ale czy rzeczywiście rozgrywki Ligi Mistrzów mają jeszcze szanse doczekać się prawdziwych czarnych koni?
Rozstrzał pomiędzy najbogatszymi europejskimi klubami a resztą zwiększył się do ogromnych rozmiarów. Pieniądze z praw telewizyjnych, sponsorskich stworzyły grupę 8-10 superklubów, które od pięciu lat dominują futbol na każdej płaszczyźnie. Inni nie są nawet dopuszczeni do stołu, na którym rozgrywa się gra o prawdziwą kasę i trofea. Dowody na to widzimy w najbardziej skomercjalizowanych rozgrywkach, w Lidze Mistrzów.

Od sezonu 2011/2012 w półfinałach LM wystąpiło osiem różnych drużyn. Niewiele. Wśród nich pięciokrotnie udało się to Realowi Madryt i Bayernowi Monachium, co znaczy, że dwa miejsca w ścisłej elicie można z urzędu dla nich zarezerwować. W grze o zwycięstwo w rozgrywkach znaleźli się przedstawiciele czterech najbogatszych lig Europy. Gwoli ścisłości, chodzi oczywiście o Hiszpanię, Niemcy, Włochy, Anglię. Blisko półfinału byli przedstawiciele Francji (PSG, Monaco), a także Portugalii (FC Porto, Benfica), ale ostatecznie nie udało im się przebić szklanego sufitu.
Patrząc na nazwy klubów występujących w półfinałach LM, próżno szukać tam ekip, które trafiłyby tam przypadkiem i nie należały do ścisłego topu. Może Borussia Dortmund albo Atletico z sezonu 2013/2014? Wolne żarty. Pierwsza dwa razy z rzędu zdobyła mistrzostwo Niemiec, a drugi wygrał tytuł w Hiszpanii. Mimo to ich dobre występy w elitarnych rozgrywkach uznano za sporą niespodziankę. Bolesny znak czasów, nijak mający się do śmiałych szarż Porto czy Monaco sprzed ponad dekady. Co ciekawe, jeszcze w sezonie 2010/2011 w 1/2 finału LM znalazło się Schalke. Rok wcześniej całe rozgrywki wygrał Inter, a rundę wcześniej udział zakończył Olympique Lyon. Można więc jasno zauważyć, w którym roku doszło do zabetonowania elity.
W ostatnim pięcioleciu również na poziomie ćwierćfinałów brakowało ekip, które mogliśmy uznać za czarne konie rozgrywek. Do tego miana aspirować może jedynie AS Monaco z sezonu 2014/2015, które w 1/8 finału wyeliminowało Arsenal, a potem po walce odpadło z Juventusem. Kto jeszcze? APOEL i Wolfsburg, dla których 1/4 finału była ostatecznie bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Obie drużyny odpadły w dwumeczach z Realem.
Nie może to jednak dziwić, skoro osiem najbardziej wartościowych drużyn w obecnej LM ma w swoich składach zawodników wartych o około 850 milionów euro więcej niż 24-zespołowa reszta stawki!
Czy można więc oczekiwać, że ktokolwiek spoza ścisłego topu rzuci rękawice najmożniejszym? Czy takie rozwarstwienie na zawsze nie zabiło pojęcia czarnego konia w tych rozgrywkach? Ostatnie lata sugerują jedną odpowiedź.










