Znamy całe mnóstwo takich historii. Bohater, który musi dokonać wyboru, popełnia błąd i ponosi tego konsekwencje. Upada, ale zdajemy sobie sprawę, że stało się tak tylko w jednym celu – żeby powrócił silniejszy, dojrzalszy, groźniejszy. Klasyczny comeback, jakich w kinie i literaturze pełno. Nie brakuje ich także w sporcie.
3 lipca 2016 r., tuż po zakończeniu udanego dla reprezentacji Polski Euro 2016 rozgrywanego we Francji, dochodzi do transferu jednego z filarów biało-czerwonych oraz hiszpańskiej Sevilli. Grzegorz Krychowiak, bo o nim mowa, staje się bohaterem najdroższej w historii polskiego futbolu transakcji i przechodzi do dominującego od pięciu sezonów na francuskich boiskach PSG. Klub o ambicjach wykraczających daleko poza rodzime stadiony, chcący zwyciężać w europejskich pucharach, który od kilku już sezonów stara się pozyskiwać najlepszych piłkarzy na świecie. Przejście urodzonego w Gryficach środkowego pomocnika do klubu z Parku Książąt wydawało się naturalnym krokiem po świetnych występach w barwach Sevilli oraz reprezentacji. Dołączenie do tego potężnego projektu, jakim stało się PSG, było nobilitacją, zapowiadało, że Polak może stać się jednym z najlepszych defensywnych pomocników w Europie i na świecie. Zna dobrze Francję, to tu kształcił swoje piłkarskie umiejętności, do tego czas spędzony w La Liga i pojedynki z takimi piłkarzami jak CR7, Messi czy Neymar, z których wielokrotnie wychodził zwycięsko – to wszystko wskazywało na to, że „Krycha” szybko znajdzie stałe miejsce w drużynie ówczesnego mistrza Francji i długo go nie odda. Nie mogło być inaczej, tym bardziej, że wcześniej zrealizowany został jeszcze jeden transfer na linii PSG – Sevilla. Szejkowie zatrudnili bowiem Unaia Emery’ego na stanowisku trenera, człowieka, który z Krychowiaka zrobił zawodnika klasowego, który ściągał go do Hiszpanii i który mu ufał, stawiając na niego w niemal każdym meczu. Jak się później okazało – nic bardziej mylnego.
Duży klub, duże rozczarowanie
I tu zaczyna się najdziwniejsza część całej historii. No bo tak na chłopski rozum – gdyby „Krycha” nie miał tego zaufania od trenera w Sevilli, to nie pchałby się do Paryża. Z pewnością rok temu, tak samo zresztą jak i teraz, miał kilka opcji do wyboru dokąd odejść, a skoro padło na PSG, to wiedział, co robi. Wątpię, że w szczytowym momencie swojej kariery ktoś o charakterze Krychowiaka przeniósł się do innego klubu po to, żeby grzać ławkę albo co gorsza, siedzieć na trybunach. Wielu mówi o miłości Polaka do stolicy Francji, że czuje się tam doskonale wraz ze swoją dziewczyną (Francuzką, przypominam), że dobrze mu płacą i modnie się ubiera. I rozumiem, że jak już pokazała historia, Paryż wart jest mszy, ale chcę wierzyć, że nie jest tak w przypadku naszego reprezentanta. Umówmy się – w Mediolanie czy Madrycie mógłby żyć równie modnie, jak w Paryżu, a może nie straciłby tak wiele sportowo.

Nasuwa się masa pytań, na które nie wiadomo, czy kiedykolwiek uzyskamy odpowiedzi – co stało się między Krychowiakiem a Emerym, że w ciągu zaledwie kilku tygodni tak bardzo uległy zmianie ich stosunki? Co zadziało się w trenerskiej głowie, że nagle jego podstawowy żołnierz został najpierw odesłany do rezerw, by na koniec na dobre wywalić go z oddziału? Jaki wpływ na to miała sytuacja wewnątrz zespołu, o której mówiły plotki przemycone z szatni, jakoby koledzy nie cenili Polaka? I przede wszystkim, jak sobie z tym radzi sam zainteresowany, bo z pewnością nie jest to komfortowa sytuacja, w której możesz spokojnie podnosić swoje umiejętności i pracować. Nawet dla profesjonalisty, bo pamiętajmy, że na pierwszym miejscu to zawsze tylko człowiek.











