Szkoleniowiec ŁKS-u Łódź po porażce 1:4 z Arką Gdynia powiedział, że była to kompromitacja. Wielu ekspertów zastanawiało się więc, co w takim razie powinien powiedzieć Mirosław Smyła po tym, jak jego podopieczni przegrali równie wysoko ze wspomnianym wcześniej ŁKS-em. Jednakże na dzisiaj wydaje się, że tego typu dywagacje są już nieważne. Teraz liczy się wyłącznie teraźniejszość, w której Korona ma na koncie zwycięstwo w ostatnim spotkaniu.
Zwycięstwo nad Zagłębiem przed własną publicznością wcale nie było oczywiste. Bowiem koroniarze przystępowali do tego spotkania z trzema porażkami z rzędu, zajmując niechlubne ostatnie miejsce w tabeli PKO Ekstraklasy. Dzięki zdobytym trzem „oczkom” nie są już ostatnią drużyną, mając punkt przewagi nad Arką Gdynia.
Zdobyty komplet punktów cieszy sympatyków Korony również ze względu na to, że ich ulubieńcy wreszcie zdołali przełamać strzelecką niemoc. Przed meczem z „Miedziowymi” podopieczni Mirosława Smyły mieli na koncie raptem sześć trafień w 13 spotkaniach. Sam szkoleniowiec na konferencji poprzedzającej sobotnie spotkanie mówił, że statystyka ta niedługo ulegnie poprawie. – Nie ma znaczenia, kto strzeli gola, byleby to był zawodnik Korony Kielce. Chcemy zdobyć bramkę jako zespół. Nic nie trwa wiecznie, nie ma takiej rury, której nie dałoby się odetkać. Odtykajmy tę rurę, niech płynie nią dużo bramek – przekonywał trener Korony.
Coroczny kandydat do spadku
Nie da się nie odnieść wrażenia, że kielecki klub od kilku lat jest drużyną, która typowana jest jako jeden ze spadkowiczów. Nieprzemyślane kadrowe roszady, a co za tym idzie – brak stabilizacji, to ostatnio w Kielcach chleb powszedni. O ile w zeszłym sezonie czy też dwa lata temu spadek nie był zbyt realny, o tyle w obecnych rozgrywkach widmo degradacji coraz bardziej zagląda sympatykom Korony w oczy.
Mimo wszystko przyzwyczailiśmy się do tego, że Korona jest typowym ligowym średniakiem. Walka o coś więcej niż utrzymanie jest dla kielczan bardzo rzadkim zjawiskiem i miejscowi kibice mogą owe zjawisko utożsamiać bardziej z lokalną drużyną piłki ręcznej, na której mecze, w przeciwieństwie do Korony, ludzie masowo uczęszczają.
Zresztą nie ma się co dziwić. W końcu frekwencję budują przede wszystkim dobre wyniki, a te koroniarzom w obecnym sezonie zdarzają się dość rzadko. Również na swoim stadionie. Bowiem kielczanie w obecnych rozgrywkach u siebie zgromadzili raptem siedem punktów – najmniej spośród wszystkich drużyn PKO Ekstraklasy.











