Podniesienie zespołu znajdującego się w dołku to zawsze wielkie wyzwanie. Niewielu trenerów podejmuje się podobnych zadań z obawy przed porażką. Mirosław Smyła odsunął jednak wszelkie lęki na bok i ostro zabrał się do pracy, by wydostać Koronę Kielce z dna tabeli. Przy okazji na konferencjach prasowych zadziwiając przemowami o gotowaniu ziemniaków czy jajecznicy, co szybko można skojarzyć z technikami stosowanymi przez Jürgena Kloppa.Ligowy Bigos to seria felietonów, w których będziemy się skupiali na najważniejszych wydarzeniach związanych z naszą rodzimą ligą. Dziś na tapet weźmiemy działania Mirosława Smyły mające na celu wydostanie Korony Kielce z marazmu.
Kurs na górę lodową
Praktycznie od rundy wiosennej poprzedniej kampanii gołym okiem można było zauważyć, że na Suzuki Arenie nie dzieje się najlepiej. Mimo straconych po raz kolejny nadziei na grę o coś więcej niż utrzymanie w Kielcach nikt nie bił na alarm. Przynajmniej nie tak głośno jak na początku bieżącego sezonu. Ot, rundę jesienną zespół Gino Lettieriego zawsze miał lepszą. Solidna postawa w pierwszej części kampanii w dużej mierze gwarantowała Koronie ligowy byt. Władzom klubu jakby to wystarczało, a głosy niezadowolenia ze strony kibiców puszczano mimo uszu.
Problem nabrał realnych kształtów w bieżących rozgrywkach. Gino Lettieri coraz częściej przypominał szkoleniowca bez koncepcji. Bez pomysłu co robić, kogo zmienić, jak przechytrzyć rywala. Z trenera enigmy, którego zagrywek taktycznych nie próbowali nawet przewidzieć przeciwnicy, nic nie zostało. Tak jakby Włoch ze spokojem przypatrywał się lodowej górze, w której stronę płynęła Korona Kielce.
Ludzie na stadionie i w mediach krzyczeli, lecz szkoleniowiec nie zwracał uwagi. Dla Gino Lettieriego nadal grała muzyka, a widmo realnej katastrofy i zderzenia było nierealne. Na ocknięcie popularnego „Generała” nie zamierzały czekać władze klubu. Decyzja o zwolnieniu włoskiego taktyka została podjęta późno, ale być może nie za późno, by zboczyć z kolizyjnego kursu.
Mirosław Smyła? Bez efektu WOW
Osoby chętnej do podjęcia się zadania wydostania Korony Kielce z potężnego dołka szukano długo. Nic dziwnego, zespół z Suzuki Areny był rozbity. Grał bez charakterystycznej od lat dla kielczan pasji i intensywności. Brakowało przekonania i woli zwycięstwa. Znacznie szybciej można było wyliczyć, co funkcjonowało w miarę sprawnie. Analogie do Titanica same cisnęły się na usta.











