Oczekiwanie dobiegło końca. Najlepsze europejskie zespoły ustawiły się w blokach startowych i wraz z rozbrzmieniem pierwszej „Kaszanki” zgodnie ruszyły w kierunku upragnionego celu. Dla kogo będzie to sprint, dla kogo maraton, a dla kogo bieg z przeszkodami? Tego dowiemy się w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Jako że za nami już pierwsza kolejka tych elitarnych rozgrywek, pora na pierwsze refleksje. Kto zaliczył falstart, a kto dał pokaz siły już na początku? Oto pięć wniosków po pierwszej kolejce Ligi Mistrzów.
1) Kolejka (nie) dla bogaczy
Pieniądze szczęścia nie dają – to chyba najbardziej wyświechtana mądrość ludowa w historii świata. A może rzeczywiście coś w tym jest? Do takich wniosków można dojść, spoglądając na rezultaty osiągnięte przez PSG i Manchester City. Ci pierwsi nie potrafili przeciwstawić się Liverpoolowi, który nawet pomimo słabszej dyspozycji Mohameda Salaha potrafił wyszarpać zwycięstwo w końcowych minutach. „The Citizens” zostali za to pierwszą angielską drużyną w historii, która w rozgrywkach Ligi Mistrzów doznała czterech porażek z rzędu. Oglądający całe spotkanie z trybun Pep Guardiola mógł zastanawiać się, czy na pewno nie pomylił stadionów. Rażący brak koncentracji i masa prostych błędów sprawiły, że niespodziewanie to drużyna z Lyonu wyszła z całej batalii zwycięsko.
2) Niepotrzebny Ronaldo
W Madrycie mają już nową siódemkę, która błyskawicznie przedstawiła się szerszej publiczności. Mariano Diaz, bo oczywiście o nim tu mowa, popisał się fantastycznym trafieniem z dystansu i ustalił wynik rozgrywanego w Madrycie spotkania. Przez 90 minut Real absolutnie dominował na murawie. Znacznie zwiększyła się liczba podań wykonywanych bezpośrednio na połowie rywala, co jest pierwszym – naprawdę widocznym – efektem pracy Lopeteguiego w Madrycie. Odpowiedzialność za wynik wzięli na siebie Bale oraz Isco, a efektownymi zagraniami popisywał się wprowadzony w drugiej połowie Asensio. Ci, którzy wraz z odejściem Ronaldo i Zidane’a wieścili koniec dominacji Realu, dostali solidne argumenty, by przemyśleć swoje stanowisko.
Okazuje się jednak, że Ronaldo nie potrzebują także w Turynie. Juventus, który od samego początku szturmował bramkę Valencii, nie potrafił wyjść na prowadzenie. Wyglądało to, jakby w polu karnym rywala było zbyt tłoczno – i może rzeczywiście, gdyż po czerwonej kartce otrzymanej przez Cristiano Ronaldo bramka Valencii została odczarowana, a Juventus pewnie zwyciężył 2:0.











