Koniec weekendowych emocji w Ligue 1 stanął pod znakiem najbardziej prestiżowej rywalizacji w piłkarskiej Francji. W niedzielny wieczór na Parc des Princes stołeczni piłkarze podejmowali Marsylię. Marsylię, z którą paryżanie nie byli w stanie wygrać na własnym boisku od sześciu lat, a w poprzednim sezonie odnieśli sromotną porażkę 3:0. Tym razem miało być inaczej i tak też się stało. Po dobrych zawodach Paris Saint-Germain pokonało mistrzów Francji 2:1.

Premierowe 25 minut tego meczu stało się najlepszą reklamą niedzielnego pojedynku, dzięki której niezdecydowani widzowie porzucili wszelkie wątpliwości. Otóż po 23 minutach byliśmy świadkami trzeciego trafienia w tym meczu. Gola dla Marsylii strzelił Lucho Gonzalez, który wcześniej podał do Gignaca i skorzystał z wyplutej przez Edela piłki po strzale Francuza. Jednak był to dla „Les Phoceens” dopiero gol kontaktowy, gdyż gospodarze zdążyli już do tego momentu zgromadzić dwubramkową przewagę. Emocje na Parc des Princes rozpoczęły się już w trzeciej minucie, kiedy to bardzo nieprzyjemnym strzałem popisał się Ludovic Giuly, a Steve Mandanda z olbrzymim trudem wybił piłkę na rzut rożny. Sześć minut później musiał on już jednak wyjmować futbolówkę z siatki. Problemy z wyprowadzeniem akcji mieli obrońcy OM i po odzyskaniu piłki strzałem z narożnika pola karnego popisał się Nene i tym razem Mandanda wypuścił piłkę i niefortunnym wybiciem trafił w nogi Erdinga, który już dobiegał na dobitkę.

W 19. minucie ponownie nie popisała się defensywa mistrzów Francji, która wraz z Mandandą nie miała najlepszego dnia. Znów złe wybicie Diawarry przejął Guillaume Hoarau i natychmiast oddał piłkę do Nene. Wtedy swoją magię zaprezentował Brazylijczyk, lobując całą obronę gości i zarazem w idealne tempo zagrywając do wchodzącego Hoarau. Napastnik bez przyjęcia posłał futbolówkę między nogami bramkarza. Kiedy wydawało się, iż nareszcie nadszedł czas rewanżu PSG za lata upokorzeń w Derbach Francji, to kontaktowe trafienie zaliczył Lucho po dwójkowej akcji z Gignakiem. Warto podkreślić, że były napastnik Tuluzy był największym zagrożeniem bramki Edela. Wielokrotnie w meczu oddawał strzał w jej kierunku, a w ostatnich minutach pierwszej odsłony nie wykorzystał wyśmienitej okazji, w której to w sytuacji sam na sam powstrzymał go Apoula Edel.










