Gdy świat obiegła informacja, że na czerwcowe zgrupowanie reprezentacji Roy Hodgson wysłał powołanie Jamiemu Vardy’emu, w Anglii było widać wyraźny podział na dwa obozy. Jedni, ci pragmatyczni, łapali się za głowę i zastanawiali, jakim cudem w ich kadrze może być miejsce dla mało bramkostrzelnego napastnika, w dodatku grającego w czternastej drużynie BPL. Drudzy, ci bardziej romantyczni, zachwycali się jego fantastyczną historią, która – jak widzimy dzisiaj – nadal tworzy swoje kolejne, coraz bardziej nieprawdopodobne rozdziały.
Dawno w lidze angielskiej nie było kogoś, kto w tak zaskakujący i zdecydowany sposób postanowiłby wedrzeć się na szczyt hierarchii zawodników. W szoku są wszyscy, przede wszystkim ci najbardziej medialni napastnicy, którzy nawet nie bardzo starają się gonić Vardy’ego.

W poprzednim sezonie z podekscytowaniem przyglądaliśmy się walce Diego Costy i Sergio Aguero. Aktualnie ten pierwszy nadal jest na świeczniku, ale z zupełnie innych powodów. Wygląda na bardzo ociężałego, marnuje sytuacje na potęgę i jest obrażony na cały świat. Natomiast Argentyńczyk ma wszelkie papiery na to, by stać się najlepszym zawodnikiem BPL na przestrzeni wielu lat. Problem Aguero jednak wszyscy znamy – kontuzje, kontuzje i jeszcze raz kontuzje.
Wayne Rooney przez wiele lat kręcił się w czołówce strzelców, teraz jest bezradny pod bramką przeciwnika jak nigdy. Wszyscy wiemy, że napastnik urodzony w Liverpoolu nienawidzi stać na szpicy i bezproduktywnie czekać na piłkę, dużo większą przyjemność sprawia mu rozgrywanie. Jego forma strzelecka stała się jednak totalnie rozczarowująca. W obecnym sezonie trafia w lidze co 524 minuty.
Początek rundy przespał również inny z wielkich z przełomu 2014 i 2015 roku. Harry Kane swojego pierwszego gola zdobył dopiero we wrześniu, ale teraz na swoim koncie ma już osiem trafień i wspina się coraz wyżej w klasyfikacji strzelców. Podobną liczbą może się pochwalić Oliver Giroud, który na dodatek strzelił ostatnio hat-tricka w arcyważnym spotkaniu Ligi Mistrzów z Olympiakosem.











