Czy reprezentacja Holandii rzeczywiście rozczarowała? Holenderskie oczekiwania co prawda rozbudził Ronald Koeman, ale mało kto mógł spodziewać się sukcesów po Franku de Boerze. Szkoleniowiec nie miał pomysłu na „Oranje”, choć z pewnością nie pomogli mu również sami zawodnicy.
Klauzula w kontrakcie de Boera była nieubłagana. Brak awansu do ćwierćfinału mistrzostw Europy oznaczał, że umowa ze szkoleniowcem nie zostanie przedłużona. Tak też się stało i od wtorku nie jest on już selekcjonerem holenderskiego zespołu.
Uprzywilejowani
Nie można powiedzieć, aby reprezentacja Holandii przeszła jak burza przez fazę grupową. W pierwszym spotkaniu musiała się sporo namęczyć, żeby ostatecznie 3:2 pokonać Ukrainę. Później wyniki były dużo lepsze. Wpierw podopieczni de Boera pokonali 2:0 Austrię, natomiast na zakończenie tej fazy bez większych problemów wygrali 3:0 z Macedonią Północną.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że „Oranje” byli w mocno uprzywilejowanej pozycji. Wszystkie trzy spotkania rozegrali w Amsterdamie, a więc mogli liczyć na duże wsparcie ze strony swojej własnej publiczności. Ich przeciwnicy musieli natomiast kursować pomiędzy Amsterdamem a Bukaresztem, w którym rozgrywane były pozostałe spotkania grupy C.
Holenderskie problemy
Zaledwie dwie stracone bramki w fazie grupowej nieco zaciemniły rzeczywistość. Holenderskie problemy w defensywie były bowiem wyraźnie widoczne w meczu z Ukrainą. Eksperci obawiali się, że błędy popełniane przez obrońców mogą mieć dużo poważniejsze konsekwencje w dalszej części turnieju. Nawet w spotkaniu z Macedonią Północną można było zauważyć, że Holendrzy zostawiają swoim przeciwnikom zbyt dużo miejsca na swojej połowie.
Sztab „Oranje” po fazie grupowej nie wyciągnął jednak żadnych wniosków. Zapewne uważał, że w meczu z Czechami ewentualne błędy w defensywie da się zniwelować akcjami ofensywnymi. Ostatecznie Holendrzy wydawali się być zdziwieni agresywną grą Czechów i ich dobrym zorganizowaniem. Nie byli więc w stanie niczym zaskoczyć swojego przeciwnika, nie kontrolując gry nawet przed czerwoną kartką dla Matthijsa de Ligta.
Nie można zresztą przejść obojętnie obok postawy obrońcy Juventusu. De Ligt miał kierować defensywą pod nieobecność kontuzjowanego Virgila van Dijka, ale ostatecznie w rolę lidera bloku obronnego wcielił się Stefan de Vrij. Postawa de Ligta nie powinna zresztą szczególnie dziwić, bo był on krytykowany już po meczach towarzyskich rozgrywanych przed mistrzostwami Europy.











