Stała się rzecz bezprecedensowa. Ten, który jako jeden z nielicznych nie uległ futbolowemu zegarmistrzowi światła, po 27 długich latach odchodzi. Sir Alex Ferguson przez blisko trzy dekady zakrzywiał futbolową rzeczywistość, urzeczywistniając sen o globalnej dominacji Manchesteru United. Mianem „fin de siecle” francuscy dekadenci określali koniec pewnej epoki w sztuce. W kategoriach artyzmu należy rozpatrywać także futbol, który wczoraj poniósł niepowetowaną stratę. Oto nadszedł bowiem kres panowania człowieka w czarnym swetrze i czarnym płaszczu, wiecznie krzyczącego na arbitrów oraz nerwowo żującego gumę. Tron jest pusty.
Unikam jak ognia piłkarskich coming outów, jednak tym razem nie odmówię sobie tej przyjemności. Uogólniając – Manchester United nie jest moją ulubioną drużyną, ale sir Alex Ferguson jest moim ulubionym trenerem. Skala rozpatrywania jego postaci wykracza daleko poza futbolowe ramy, a umieściłbym ją raczej na półce gdzieś obok Winstona Churchilla czy Jamesa Joyce’a. Przesadzam? Niekoniecznie. Każda dziedzina życia, czy to kino, czy literatura ma swoich nieśmiertelnych herosów – ludzi, którzy zatykają nam dech w piersiach i osiągają maksymalne szczyty w swoich dziedzinach. Ferguson zdecydowanie się do nich zalicza.

Od lat dyskutuje się na temat roli piłki nożnej w naszym życiu. Koncepcji jest tak wiele, jak umysłów je tworzących, a spektrum jest niesamowicie szerokie. Dla jednych futbol jest grą barbarzyńców, hołdujących prostym stadnym instynktom. Dla innych jest on znów wysoką formą rozrywki, sztuki przez duże „sz”, zaspokajającej wysublimowane gusta widzów. Ja osobiście skłaniałbym się do tej drugiej koncepcji, a poszedłbym nawet krok dalej. W dzisiejszych czasach to właśnie piłka nożna jest strażnikiem zasad, to murawa jest najczystszą, pozbawioną zepsucia formą rozwiązywania sporów. Cytując wybitnego włoskiego reżysera Piera Paolo Pasoliniego: „Futbol to ostatni święty rytuał naszych czasów”. A rytuał ten traci właśnie największego z jego kapłanów.
Ferguson jest w gruncie rzeczy prostym człowiekiem, takim, jakim był jego ojciec. Alexander Ferguson sen. był typowym przedstawicielem klasy robotniczej. Wiernym swoim zasadom, hołdującym klasycznym dla pracującej ludności małych miast ideałom. Mawiał: „Jeśli sprawa jest warta wykonania, zrób to najlepiej, jak tylko się da”. Jego syn sir Alex jest także zdeklarowanym socjalistą. Wyraz swoim upodobaniom politycznym dawał niejednokrotnie, popierając kampanię laburzystów w walce o fotel premiera dla Tony’ego Blaira czy przyjaźniąc się z Alastairem Campbellem, byłym czołowym politykiem Partii Pracy. Ferguson wierzy w etos ciężkiej pracy i codziennego zwykłego znoju doprowadzającego człowieka na szczyt. Nigdy nie dorabiał nie wiadomo jakiej filozofii do swojej pracy szkoleniowca, po prostu robił swoje. Uczciwie, solidnie, według planu.













