Fin de siecle


9 maja 2013 Fin de siecle

Stała się rzecz bezprecedensowa. Ten, który jako jeden z nielicznych nie uległ futbolowemu zegarmistrzowi światła, po 27 długich latach odchodzi. Sir Alex Ferguson przez blisko trzy dekady zakrzywiał futbolową rzeczywistość, urzeczywistniając sen o globalnej dominacji Manchesteru United. Mianem „fin de siecle” francuscy dekadenci określali koniec pewnej epoki w sztuce. W kategoriach artyzmu należy rozpatrywać także futbol, który wczoraj poniósł niepowetowaną stratę. Oto nadszedł bowiem kres panowania człowieka w czarnym swetrze i czarnym płaszczu, wiecznie krzyczącego na arbitrów oraz nerwowo żującego gumę. Tron jest pusty.


Udostępnij na Udostępnij na

Unikam jak ognia piłkarskich coming outów, jednak tym razem nie odmówię sobie tej przyjemności. Uogólniając – Manchester United nie jest moją ulubioną drużyną, ale sir Alex Ferguson jest moim ulubionym trenerem. Skala rozpatrywania jego postaci wykracza daleko poza futbolowe ramy, a umieściłbym ją raczej na półce gdzieś obok Winstona Churchilla czy Jamesa Joyce’a. Przesadzam? Niekoniecznie. Każda dziedzina życia, czy to kino, czy literatura ma swoich nieśmiertelnych herosów – ludzi, którzy zatykają nam dech w piersiach i osiągają maksymalne szczyty w swoich dziedzinach. Ferguson zdecydowanie się do nich zalicza.

Sir Alex Ferguson
Sir Alex Ferguson (fot. stanfordsoocer.net)

Od lat dyskutuje się na temat roli piłki nożnej w naszym życiu. Koncepcji jest tak wiele, jak umysłów je tworzących, a spektrum jest niesamowicie szerokie. Dla jednych futbol jest grą barbarzyńców, hołdujących prostym stadnym instynktom. Dla innych jest on znów wysoką formą rozrywki, sztuki przez duże „sz”, zaspokajającej wysublimowane gusta widzów. Ja osobiście skłaniałbym się do tej drugiej koncepcji, a poszedłbym nawet krok dalej. W dzisiejszych czasach to właśnie piłka nożna jest strażnikiem zasad, to murawa jest najczystszą, pozbawioną zepsucia formą rozwiązywania sporów. Cytując wybitnego włoskiego reżysera Piera Paolo Pasoliniego: „Futbol to ostatni święty rytuał naszych czasów”. A rytuał ten traci właśnie największego z jego kapłanów.

Ferguson jest w gruncie rzeczy prostym człowiekiem, takim, jakim był jego ojciec. Alexander Ferguson sen. był typowym przedstawicielem klasy robotniczej. Wiernym swoim zasadom, hołdującym klasycznym dla pracującej ludności małych miast ideałom. Mawiał: „Jeśli sprawa jest warta wykonania, zrób to najlepiej, jak tylko się da”. Jego syn sir Alex jest także zdeklarowanym socjalistą. Wyraz swoim upodobaniom politycznym dawał niejednokrotnie, popierając kampanię laburzystów w walce o fotel premiera dla Tony’ego Blaira czy przyjaźniąc się z Alastairem Campbellem, byłym czołowym politykiem Partii Pracy. Ferguson wierzy w etos ciężkiej pracy i codziennego zwykłego znoju doprowadzającego człowieka na szczyt. Nigdy nie dorabiał nie wiadomo jakiej filozofii do swojej pracy szkoleniowca, po prostu robił swoje. Uczciwie, solidnie, według planu.

Sir Alex wypracował swój unikalny system pracy. Credo Szkota zdaje się wybrzmiewać w zaledwie dwóch tonach, skupionych wokół władzy i kontroli. Nigdy nie był dobrym wujkiem, bliżej mu raczej do dyktatora kontrolującego wszystko i wszystkich żelazną, zamordystyczną ręką. Szkot twierdzi, że żaden, najwybitniejszy nawet zawodnik nie jest większy niż klub, w którym gra. Dobro nadrzędne Manchesteru United, marka i wartość sama w sobie, tak pieczołowicie rozwijana przez lata, stoją wyżej niż jakikolwiek kopacz. Przekonali się o tym najwięksi – od Beckhama po Stama. Czy Ferguson jednak, mówiąc o klubie, miał na myśli siebie? Tego nie dowiemy się już nigdy, ale istnieje taka możliwość. Wrósł on bowiem tak bardzo w manchesterskie korzenie, że wydaje się z nimi połączony wspólnymi naczyniami krwionośnymi, niczym jeden organizm, w perfekcyjnej symbiozie.

Angelo Henriquez i Alex Ferguson
Angelo Henriquez i Alex Ferguson (fot. Skysports.com)

Patrick Barclay w biografii menedżera „Football, bloody hell!” pisze, że ten niedefiniowalny pierwiastek świadczący o unikalności samego klubu i jego marki, sir Aleksa Fergusona nazywa DNA Manchesteru United. Według sir Aleksa charakteryzuje się ono wielkością, wolą zwyciężania, niezłomnością, dumą, lojalnością oraz pamięcią o historii. Pytanie zasadnicze brzmi jednak: czy owo DNA United było w tym zespole od zawsze, czy jest ono może wyłącznie zasługą Fergusona, który przeszczepił je od siebie na manchesterski grunt? Czy sir Alex tak bardzo wrósł w klub, że niejako stał się nim? Zaryzykuję stwierdzenie, że Szkot i ekipa nie są jednością. To Ferguson był i jest Manchesterem United. Nie ma DNA United. To wyłącznie kwas dezoksyrybonukleinowy „Fergiego”.

Śledź Bloody Football! na Facebooku

Jaki będzie świat futbolu bez sir Aleksa? Niestety – taki sam. Tak jak żaden gracz „Fergiego” nie stał nigdy wyżej niż sam klub, tak żaden szkoleniowiec nigdy nie był i nie będzie większy niż sam futbol, niż sama gra. Piłka nożna jest na tyle samowystarczalna, że jej piękno i prostota kreują ciągle nowych herosów, a starzy odchodzą do lamusa. Niemniej jednak sir Alex dokonał czegoś jak na nasze realia monumentalnego, oszukał on bowiem czas, a z Premier League uczynił swoje prywatne poletko do zdobywania mistrzowskich tytułów oraz rozgrywania swoich ukochanych „mind games”. Na jego metodach wychowały się całe pokolenia szkoleniowców, w tym admirator numer jeden sir Aleksa, Jose Mourinho.

Ferguson jest – właściwie już był, jak to dziwnie brzmi – być może najwybitniejszym klubowym trenerem wszech czasów, zdecydowanie jednak nie najgenialniejszym. Siła Szkota polegała na nieustającej kontroli, charyzmie, woli zwyciężania i jeszcze raz kontroli. To była typowa praca u podstaw – od stworzenia bazy treningowej do niesamowicie skutecznej siatki skautingowej. Nie znaczy to, że był nieomylny. Siedem długich lat zajęło mu zdobycie pierwszego mistrzostwa Anglii, a dodajmy, że był to czas niełatwy, Szkot był nawet blisko zwolnienia. Potęga Fergusona leży w ciągłości, tradycji, mentalności. Mistrz nie jest jednak pozbawiony wad.

Alex Ferguson
Alex Ferguson (fot. Marca.com)

Sir Alex wiecznie rugał arbitrów, będąc często chamskim, zdarzało mu się w przerwach meczów iść pod drzwi pokoju sędziowskiego i kopać w nie, krzycząc jednocześnie na arbitrów. Bywał złośliwy, apodyktyczny, niesprawiedliwy. Nie był nieomylny przy transferach. Przy całej puli genialnych piłkarzy, jakich sprowadził do klubu, zdarzał się także szrot, by wymienić jedynie Djembę-Djembę czy Klebersona. Bywał często pretensjonalny, czepiał się wszystkich o wszystko, potrafił skończyć wiele przyjaźni jednym cięciem, niczym w węzeł gordyjski.

Nie mieli z nim lekkiego życia dziennikarze, obie strony nienawidziły się z wzajemnością. Trzęśli się ze strachu przed nim piłkarze – jego „suszarki” do dziś z pewnością spędzają sen z powiek całej masie jego byłych bądź obecnych graczy. Oskarżano go także o nepotyzm, forował on bowiem przede wszystkim interesy rodziny. Piłkarze go jednak kochali – mimo że bali się go jak ognia, tak samo jak jego byli i obecni współpracownicy. Wszyscy oni wiedzieli, że jakikolwiek znak nieposłuszeństwa oznacza koniec ich kariery na Old Trafford.

Wiem, że sir Alex święty nie jest, ale czy jest geniuszem w czystym tego słowa znaczeniu? Z cała pewnością nie. Był jednak genialny w swojej unikalnej rutynie, niczym jego ojciec przychodzący do fabryki, tak sir Alex dzień w dzień pracował w pocie czoła, będąc wiernym raz obranej ścieżce. Potrafił się dostosowywać, był elastyczny, jeśli chodzi o zmieniające się futbolowe kanony. Szkot zaczynał pracę w czasach, kiedy po treningu wlewano w gardła guinnessa na potęgę, a o dietetyku nikt nawet nie słyszał. Te wszystkie zmiany wprowadził w Manchesterze United właśnie Ferguson, odzyskując dawną chwałę klubu i tworząc imperium, które zaplanowane jest w nawet najmniejszym detalu i nad którym nigdy nie gaśnie światło.

„Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść” śpiewał Grzegorz Markowski wraz z zespołem Perfect. Wydaje się, że to idealny czas dla Fergusona, by powiedzieć „dość”. Szkot właśnie zdobył kolejny ligowy tytuł, klub jest w perfekcyjnej kondycji. Wielu to przeczuwało, wielu negowało, jeszcze inni w to nie wierzyli, ale dokonało się: kiedyś w końcu Ferguson musiał odejść. Moment wybrał idealny – nie zwolniono go, nie zestarzał się, nie umarł na ławce trenerskiej, tak jak jeden z mentorów „Fergiego” John „Jock” Stein. Sir Alex pracował, żył na swoich zasadach i odchodzi także po swojemu – jako zwycięzca. Już tęsknię za tym nerwowym kolesiem z czerwonym nosem, energicznie żującym gumę, zawsze w tym samym swetrze i tym samym czarnym płaszczu.

Artykuł ukazał się także na Bloody Football! Blog

Komentarze
Michał Żuk (gość) - 13 lat temu

Przyznaj się, komu kibicujesz? :)

Kuba Machowina (gość) - 13 lat temu

Dzięki :)

A co do sympatii to "de gustibus non est disputandum"
;-)

Damian Smyk (gość) - 13 lat temu

Kuba, kawał dobrej roboty.

~Ed_mundofoot (gość) - 13 lat temu

Wielkie "standing ovation" dla Fergusona za 39 lat
trenerskiej maestrii. Za wielkie sukcesy nie tylko w
Manchesterze United, ale też w Aberdeen czy St.
Mirren.

Nie ma co dużo mówić. Największy trener w
historii!

Najnowsze