FC Porto przegrało u siebie z PSV 0:1 w trzeciej kolejce fazy ligowej Ligi Mistrzów i ma na koncie trzy porażki w trzech meczach. Jedynego gola w 57. minucie na Estadio do Dragao strzelił Guus Til. Francesco Farioli wystawił od pierwszej minuty trzech Polaków: Jana Bednarka i Jakuba Kiwiora w środku obrony oraz Oskara Pietuszewskiego na skrzydle. Ten ostatni miał kilka okazji, ale żadnej nie wykorzystał. Sędzią spotkania był Daniel Siebert.
W lidze portugalskiej Porto idzie jak burza z serią ośmiu zwycięstw. Ma na koncie wygraną z Benficą i Superpuchar Portugalii, zdobyty 1:0 z SCU Torreense po golu Victora Froholdta. Europejski wieczór z Peterem Boszem tej serii nie podtrzymał. PSV przyjechało z jednym punktem, po remisie 1:1 z Szachtarem Donieck i porażce 0:1 z RB Lipsk, i zagrało odważniej, niż sugerował bilans. Dla Polaków po tym wieczorze pozostaje jedno pytanie: kto w oczach trenera i kibiców najmniej zawinił?
Pietuszewski robił wiatr
Najwięcej miejsca relacje pomeczowe zostawiają młodemu skrzydłowemu. Pietuszewski grał z lewej, obok Pepe i Samu. Od początku szukał tempa. Po szybkim kontrataku uderzył w boczną siatkę. Chwilę później, z dobrej pozycji, posłał piłkę obok bramki. Portugalskie sprawozdanie wskazuje też jego pierwszą wyraźną okazję jako akcję gospodarzy: po niepełnej interwencji bramkarza PSV, Mateja Kovara, nie ułożył futbolówki tak, jak sytuacja pozwalała na zdobycie bramki.
To było podsumowanie całego jego wieczoru. Dzięki niemu lewa strona żyła, jednak wykończenie zdecydowanie odstawało. Około 30. minuty upadł po kontakcie z Tilem w polu karnym. Siebert rzutu karnego nie podyktował. W 36. minucie znów uciekł flanką i uderzył nad poprzeczką. Później dostał przestrzeń po odbiorze Kiwiora i kolejny raz przestrzelił. Cztery podejścia, cztery razy piłka mijała światło bramki albo wpadała w siatkę z zewnątrz. Przy stanie 0:0 takie minuty ważą podwójnie, bo Porto i tak miało kłopot z ułożeniem dłuższej akcji pod pressingiem gości. Warto jednak pochwalić Pietuszewskiego za zaangażowanie oraz próbę zmiany wyniku. Pietuszewski zdążył pokazać, że jest najszybszą drogą Porto do bramki Kovara. Zdążył też pokazać, że ta droga kończy się przed siatką.

Farioli ściągnął go w 59. minucie, dwie minuty po golu Tila, razem z Samu i Gabri Veigą. Na boisko weszli Andre Silva, Borja Sainz i Hwang In-beom. Skrzydłowy obejrzał końcówkę z ławki. To w tej końcówce gospodarze byli najbliżej remisu: Kovar bronił strzał Andre Silvy, Geertruida wybijał dobitkę Froholdta z linii, Sergino Dest ratował pustą bramkę po próbie Alberto Costy. Pietuszewskiego przy tych sytuacjach już nie było. Jego mecz zamknął się na zestawie niewykorzystanych strzałów i zmianie zaraz po utracie prowadzenia.
Cisza w próżni Kiwiora
Przy Jakubie Kiwiorze relacje są oszczędniejsze, ale jest w nich podkreślone jedno zagranie. Odbiór stopera uruchomił Pietuszewskiego, a ten dostał przestrzeń do kolejnego uderzenia. Piłka znowu poszła obok. W sprawozdaniu pozostaje jednak polskie zgranie, które napędzało akcję FC Porto.
Poza tym Kiwior rozegrał mecz jako połowa pary z Bednarkiem i został na murawie do końca. Zmiany Farioliego dotyczyły ataku, środka pomocy i lewej obrony, gdzie w 69. minucie debiut zaliczył Joao Souza, schodząc za Zaidu. Stoperów trener nie ruszał. Bramka PSV też nie jest w relacjach zapisana na ich konto. Strata wyszła od Zaidu, ale to cały blok defensywny zawinił i nie nadążył za akcją rywali. Chwilę wcześniej słupek obronił Diogo Costa po strzale Bajraktarevicia. Kiwior był na boisku przez całe 0:1, raz wplótł się w akcję ofensywną dzięki dobremu wyprowadzaniu piłki. Reszta jego wieczoru — krycie, pojedynki, wyjścia z piłką — w dostępnych relacjach po prostu nie została rozpisana, co z jednej strony powinno cieszyć w kontekście obrońcy. Z drugiej strony można mieć wątpliwości, czy ten występ nie był jednym z tych bezbarwnych.
Bednarek wrócił i rozegrał pełne spotkanie
Bednarek pauzował poprzednie kolejki tej Ligi Mistrzów przez czerwoną kartkę. Wtorek był jego pierwszym występem w fazie ligowej. Farioli wstawił go od razu do środka obrony, między Alberto Costę a Kiwiora, przy Zaidu na lewej stronie. Jego powrót zbiegł się z meczem, w którym obrona Porto znów puściła gola i znów nie strzeliła gola. Po 0:2 z Manchesterem City i 2:3 z Realem Betis „Smoki” mają trzy porażki i zero punktów, w sąsiedztwie Slovana Bratysława. Bednarek dwóch pierwszych meczów nie grał, jednak wejście w przegranym meczu z PSV poniekąd podłączyło go do tej serii przegranych.
W jego przypadku ważniejszy był powrót na boisko w wyjściowym składzie. Żadne ze sprawozdań nie wiąże jego nazwiska z konkretną interwencją, wybiciem ani błędem. Gol jest opisany jako skutek straty innego kolegi z zespołu. Bednarek był w polu, w którym ta piłka wpadła, i jednocześnie nie mógł już sam za wiele zrobić. Po dyskwalifikacji sam fakt 90 minut w podstawowym składzie jest nadzieją na powrót do lepszej formy.
Co z tego wieczoru zostaje dla kibica reprezentacji?
Pietuszewski dostał ważny mecz od pierwszej minuty w Lidze Mistrzów. Miał najwięcej „polskich” sytuacji, wszystkie skończyły się obok bramki, a po golu zszedł jako pierwszy z całej trójki. Kiwior został do końca i ma w raporcie jeden odbiór, który mógł stać się zaczątkiem dającym gola. Bednarek wrócił po kartce, rozegrał pełne spotkanie w parze stoperów. Zniknął z raportów meczowych tak samo szybko, jak do nich wrócił. Polacy jednak, co najważniejsze, nie przyczynili się bezpośrednio do utraty bramki, zawiódł raczej cały kolektyw i plan na ten mecz, co nie obniża ich ocen indywidualnych za to spotkanie.
Dla Farioliego to był wieczór, w którym polskie nazwiska miały błyszczeć w składzie. Danie szansy na raz trzem Polakom było od początku sytuacją bezprecedensową dla polskich kibiców. Mecz jednak zamknął ktoś inny i mimo że Polacy nie są główną przyczyną przegranej zespołu, wciąż mówi się o tym, co mogło pójść lepiej. Zostało pięć kolejek fazy ligowej. 4 listopada Dragao zagra z Napoli, potem są wyjazdy do Feyenoordu i Liverpoolu, a w styczniu Slavia Praga i LASK. Smoki z Polakami w składzie muszą liczyć na odwrócenie niekorzystnych wyników, a bacznie temu przyglądać się będzie także nie kto inny jak Jan Urban.










