Swansea jest drużyną, która od jakiegoś czasu balansuje na bardzo cienkiej granicy. Klub z Walii zaliczył w poprzednim sezonie kompromitującą serię porażek i tylko cudowne odrodzenie w końcówce sezonu uchroniło ich przed spadkiem. Teraz sprawy wyglądają równie źle i kibice „Łabędzi” nie mają zbyt wielu powodów do optymizmu.
Cudownie ocaleni
Pracy w walijskim klubie Paul Clement raczej nie zaliczy do najlepszych okresów w swojej trenerskiej karierze. Wszystko wskazuje na to, że niezły początek to znany nam wszystkim bardzo dobrze efekt „nowej miotły”, po którym wszystko szybko wróciło do normy. „Łabędzie” znowu zaczęły przegrywać i stopniowo osuwały się w dół tabeli. Dopiero gdy wszystkim wydawało się, że spadku nie uda się już uniknąć, w podopiecznych Paula Clementa wstąpiło drugie życie. Wygrali cztery z pięciu ostatnich spotkań i korzystając z beznadziejnej dyspozycji swoich rywali, wyślizgnęli się z objęć Championship. Clementa obdarzono zaufaniem i zdecydowano, że Anglik będzie pracował z drużyną również w kolejnym sezonie.
Pełni nadziei oczekiwali na nowy sezon również kibice Swansea, i to nawet w obliczu utraty swojego kluczowego piłkarza, jakim niewątpliwie był Sigurdsson. Najbliższe miesiące okazały się jednak dla nich pasmem udręk. Dni meczowe, w których ich ulubieńcy nie schodzili z boiska pokonani dało się policzyć na palcach jednej ręki. Posadą przypłacił to więc menadżer. W klubie niezwłocznie potrzebny był strażak, który choć na krótki okres pozwoliłby ugasić trwający pożar. Zdecydowano się zaryzykować i postawiono na Carlosa Carvalhala, trenera – strażaka, którego z poprzedniej pracy wyrzucono za zaprószenie ognia.
Nic dwa razy się nie zdarza?
Na papierze skład Swansea wypada równie źle jak na boisku, zwłaszcza, że drużynę opuściło latem dwóch ważnych piłkarzy. Fernando Llorente i Gylfi Sigurdsson byli bezpośrednio odpowiedzialni za 24 bramki, które ekipa z Walii zdobyła w zeszłym sezonie. Swój dorobek strzelecki Islandczyk dodatkowo okrasił trzynastoma asystami. Zespołowi, który i tak miał wielkie kłopoty z utrzymaniem się, wyrwano pół kręgosłupa, na pozostałe resztki jest już cała masa chętnych. W styczniu spróbują oni skusić swoje potencjalne nabytki wizją ucieczki z tonącego okrętu.
Transfery zupełnie nie wypaliły. Wiele obiecywano sobie po przyjściu wciąż uznawanego za wielki talent – Renato Sanchesa, ten jednak uznany wkrótce został za najgorszy transfer lata w Anglii. Podobnie jak Sanches, na zasadzie wypożyczenia do Swansea sprowadzono Tammy’ego Abrahama, który momentami bywał iskierką nadziei dla fanów „Łabędzi”. Abraham, choć posiada spore umiejętności, nie zawsze jest w stanie zaprezentować się na miarę oczekiwań, mimo to z dorobkiem czterech bramek jest obecnie najlepszym strzelcem swojej drużyny. Sporo wydano na Roque Mesę, Wilfrieda Bony’ego, czy Sama Clucasa, z których każdy ma ogromne problemy z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości i niezwykle trudno mówić tu o dobrze zainwestowanych pieniądzach.
Być może w tym miejscu wypadałoby nadmienić jakiś punkt dający fanom Swansea nadzieję, niestety dostrzec w poczynaniach klubu z Walii coś pozytywnego jest rzeczą niemal niemożliwą. Ponadto lada chwila klub opuścić może Alfie Mawson, gdyż na 23-letniego obrońcę zakusy urządza West Ham. Wciąż nie wiemy też jak potoczą się losy Retano Sanchesa – czy piłkarz opuści klub, czy może znajdzie wspólny język z nowym szkoleniowcem, który przecież jest jego rodakiem.











