Na inaugurację 7. serii spotkań w Ligue 1 już mamy hit. Nad Atlantyk do Bordeaux przyjechała ekipa mistrza Francji. Lille podrażnione ostatnimi remisami z CSKA Moskwa i Sochaux za wszelką cenę chciało sięgnąć po komplet punktów w rywalizacji z pogrążonymi w kryzysie gospodarzami. Mimo starań, mecz zakończył się podziałem punktów, z którego bardziej zadowoleni mogą być gospodarze, którzy jednak nie wykorzystali jednej z „jedenastek”.
Obie ekipy do tego spotkania przystąpiły z osłabieniami związanymi z zawieszeniem za czerwone kartki istotnych postaci podstawowego składu. U „Żyrondystów” miejsce między słupkami musiał zająć Kevin Olimpa za Cedrica Carasso, w zespole Lille zaś wystąpić nie mógł Mathieu Debuchy, którego pozycję pokrył Franck Beria, a na środku defensywy pojawił się David Rozehnal.

Zgodnie z przewidywaniami pierwsze groźniejsze ataki przeprowadzili goście, którzy z każdym kolejnym meczem w tym sezonie umacniają się w przekonaniu o swojej wartości. Zegar pokazywał 6. minutę, gdy Joe Cole zerwał się w stronę bramki Olimpy, wyłożył piłkę na lewe skrzydło do Moussy Sowa i tylko ofiarna interwencja Cianiego nie pozwoliła Senegalczykowi dokonać powrotnego podania do kolegi w pole karne.
Kolejne okazje podopiecznych Rudiego Garcii miały się nasilać z czasem, lecz skrzydła podciął im arbiter spotkania, Tony Chapron, który podyktował niecałą minutę później karnego dla Bordeaux. Po indywidualnej akcji Cheikha Diabate piłkę próbował wybić Florent Balmont. Jednak napastnik zdążył wcześniej się jej pozbyć, a pomocnik „Les Dogues” trafił w jego nogi, co jednak wykazały dopiero powtórki. Wcześniej zaś decyzja ta wyglądała na bardzo kontrowersyjną.
Przed jedenastym metrem stanął sam poszkodowany i wyprowadził swój zespół na jednobramkowe prowadzenie. Trzeba jednak przyznać, że stojący w bramce Mickael Landreau był blisko wybicia futbolówki, która prześlizgnęła mu się po rękawicy.
Ta bramka mocno rozbiła gości, którzy nie mieli pomysłu na rozegranie swoich ataków i coraz częściej popełniali błędy przy wyprowadzaniu piłki z własnej połowy. Efektem tego były dwie świetne okazje Bordeaux. W obu bohaterem był bardzo aktywny Nicolas Maurice-Belay. Były zawodnik Sochaux najpierw wyłożył dokładnie w polu karnym piłkę Tremoulinasowi, a ten strzałem po ziemi minął o parę metrów słupek bramki Landreau. Później pomocnik sam chciał zakończyć akcję, po przejęciu futbolówki w środkowej części boiska, ale i jego uderzenie nie znalazło drogi do siatki.
Z minuty na minutę do siebie dochodzili jednak rywale. Po słabych 30 minutach potrafili nareszcie groźniej zaatakować przeciwnika. Na osiem minut przed przerwą doskonałymi dwoma interwencjami popisał się Olimpa, który najpierw sparował na słupek strzał głową Rozehnala, a zaraz potem nogami wybronił dobitkę Sowa z niespełna metra. W „szesnastce” GB mocno się zagotowało, ale piłka do siatki wpaść nie chciała.











