Na zakończenie 24. kolejki ligi angielskiej nie obejrzeliśmy bramek w ciekawie zapowiadającym się spotkaniu pomiędzy Liverpoolem i Tottenhamem. Był to kubeł zimnej wody wylany na rozgrzaną wczorajszym meczem Chelsea z Manchesterem United głowę kibica Premier League.
Liverpool został w sobotę zepchnięty przez Arsenal z szóstego na siódme miejsce w tabeli. Podopieczni Kenny’ego Dalglisha wiedzieli, że wygrana w starciu z „Kogutami” pozwoli im powrócić na szóstą lokatę. Warto wspomnieć o fakcie, że w tym spotkaniu mógł w końcu wystąpić Luis Suarez, który jednak usiadł tylko na ławce rezerwowych. Według statystyk ostatnich kilku gier na własnym terenie, Liverpool miał spore szanse na komplet punktów w tym meczu. Ostatnie pięć rozstrzygnięć spotkań na Anfield wyglądało następująco: remis, zwycięstwo, remis, zwycięstwo, remis. Z logicznego punktu widzenia wypadało więc uzupełnić ten ciąg słowem „zwycięstwo”.

Tottenham jak na razie nie jest zagrożony spadkiem na niższą pozycję w tabeli, ale awans piętro wyżej również mu nie groził – z obu stron od rywali dzieliło go przed rozpoczęciem tego meczu sześć punktów. Z ostatnich pięciu wyjazdów piłkarze Harry’ego Redknappa przywieźli w sumie siedem punktów (zwycięstwo, porażka, zwycięstwo, remis, porażka). 24. kolejka Premier League obfitowała w bramki, więc kibice na Anfield Road oczekiwali, że zespoły, które mierzyły się w tym spotkaniu, również uraczą ich kilkoma golami.
W 5. minucie spotkania pierwsza kontrowersyjna sytuacja. W polu karnym przewrócił się Andrew Carroll, jednak najmłodszy sędzia w Premier League, Michael Oliver, nie gwizdnął. Chwilę później rzut wolny z 20. metra dla „The Reds” wykonywał Gerrard, ale trafił tylko w stojącego w murze Charliego Adama. W 12. minucie niecodzienna sytuacja – na boisku pojawił się kot, w wyniku czego arbiter musiał przerwać mecz na minutę.
Pierwsze pół godziny to wyraźna przewaga Liverpoolu, choć dogodnych okazji brakowało. Zagrożenie pod bramką „The Reds” przyniosła dopiero 32. minuta spotkania, kiedy z dystansu mocno uderzał Kranjcar, jednak Pepe Reina na raty wyłapał strzał. Również zza pola karnego kropnął potężnie Jay Spearing, a piłka minimalnie minęła okienko bramki strzeżonej przez Brada Friedela.
Następna okazja dla Liverpoolu nadarzyła się w 39. minucie, gdy po faulu Parkera na Gerrardzie podopieczni Dalglisha mieli rzut wolny z ponad 20 metrów, który został jednak źle wykonany przez Bellamy’ego. Cztery minuty później Kyle Walker ograł szczęśliwie dwóch rywali i uderzył na bramkę, jednak piłka otarła się o przeciwnika i wyszła na rzut rożny.
W ostatniej akcji pierwszej części gry mieliśmy jeszcze mocny strzał z dużej odległości w wykonaniu Glena Johnsona, obroniony nogami przez amerykańskiego golkipera Tottenhamu. Następnie Michael Oliver zaprosił zawodników do szatni, a kibice mogli jedynie mieć nadzieję, że ich ulubieńcy dadzą z siebie więcej w drugiej połowie.












