Spotkanie Olympique Lyon z Ajaksem Amsterdam zakończyło się wymownym wynikiem 0:0. Na boisku działo się niewiele, co świetnie odzwierciedla końcowy rezultat meczu. Tym remisem Ajax praktycznie zapewnił sobie awans do następnej rudny Ligi Mistrzów, a Lyon będzie musiał zadowolić się Ligą Europy.
Spotkanie rozpoczęło się bez fajerwerków. Pierwsza warta odnotowania sytuacja miała miejsce w 7. minucie, kiedy to na bramkę Ajaksu uderzał Lisandro Lopez. Argentyński snajper Lyonu dostał podanie od Michaela Bastosa, po czym minął jednego obrońcę i mocnym strzałem uderzył próbował zaskoczyć Kennetha Vermeera. Holenderski bramkarz stał jednak na posterunku, wyciągnął się jak długi i zdołał sparować piłkę. Trzeba przyznać, że obydwa zespoły grały odważnie i starały się wyjść na prowadzenie. Na początku meczu to goście wyglądali nieco lepiej, dłużej utrzymywali się przy piłce, ale nie potrafili stworzyć sobie dogodnych sytuacji do zdobycia bramki.
W 14. minucie ładnym rajdem popisał się Christian Eriksen, który kilkanaście dni temu odebrał nagrodę dla najlepszego piłkarza Danii. Na lewej stronie w sprytny sposób minął Dejana Lovrena i dośrodkował piłkę w pole karne. Żaden z jego kolegów nie zdołał jednak do tej wrzutki dojść i skończyło się na wybiciu futbolówki w pole przez gracza gospodarzy. Trzy minuty później mocnym, ale niecelnym strzałem popisał się Theo Janssen. Dostał piłkę przed polem karnym, miał sporo miejsca, ale uderzył bardzo niecelnie i posłał futbolówkę dobre kilka metrów obok bramki strzeżonej przez Hugo Llorisa. Dobre spotkanie rozgrywał Eriksen, który nie dawał obrońcom Lyonu złapać nawet chwili oddechu, ciągle ich nękając. Co prawda niewiele z tego wynikało, gdyż klubowi partnerzy nie bardzo nadążali za młodym Duńczykiem i w efekcie rzadko kiedy ruszali za akcją.
W 23. minucie kolejną dobrą interwencją popisał się Vermeer. Tym razem na bramkę Ajaksu uderzał Anthony Reveillere, który odważnie wpadł w pole karne, po czym oddał potężny strzał, ale holenderskiego bramkarza pokonać nie zdołał. Chwilę później dobrą sytuację stworzył sobie Lorenzo Ebecilio. Młody Holender doszedł do piłki kopniętej z drugiej strony boiska, zgubił dwóch obrońców i zdecydował się oddać strzał sprzed pola karnego. Do momentu uderzenia wszystko wyglądało całkiem nieźle, ale samo kopnięcie futbolówki na bramkę pozostawiało wiele do życzenia – przeleciała ona dobre sześć, siedem metrów nad poprzeczką.
Dobre zawody rozgrywał kapitan amsterdamczyków, Jan Vertonghen, który nie dawał pograć Befetimbi Gomisowi. Piłka zdawała się szukać francuskiego napastnika w polu karnym i jego okolicach, ale za każdym razem, gdy oddawał strzał lub właśnie miał to zrobić, na przeszkodzie stawał belgijski defensor. W krótkim odstępie czasu trzykrotnie efektownie odbierał piłkę czarnoskóremu snajperowi, czym pokazał, że porównania z Thomasem Vermaelenem nie są tylko pustymi słowami. W 44. minucie dobrze zapowiadającą się akcję gospodarzy przerwał Vurnon Anita. Co prawda zrobił to ręką, ale sędzia nie zdecydował się pokazać Holendrowi żółtej kartki, gdyż futbolówka trafiła w jego ramię, gdy leżał na boisku.









