Jeśli ktoś liczył na to, że sezon 2010/2011 będzie inny niż poprzednie, nie przeliczył się. Wreszcie pojawiły się bowiem zespoły, które potrafią nawiązać, a nawet wygrać walkę o… miejsce tuż za plecami Barcelony i Realu. Jeśli „Los Blancos” są dla pozostałych ligowych rywali nieosiągalni, to by opisać grę „Dumy Katalonii”, powoli zaczyna brakować już przymiotników.
Prędkość kosmiczna
Aby oddać słowami, jak mocno oddaliła się Barcelona od pozostałych zespołów Primera Division i jak wysoki poziom prezentują jej gracze, niżej podpisany autor musiałby dysponować umiejętnościami poetyckimi, których niestety nie posiada. Jedyne, co przychodzi do głowy, myśląc nad ostatnimi dokonaniami drużyny Pepa Guardioli, to podziw i refleksja. Podziw – podziwiać bowiem w obecnej Barcelonie można niemal wszystko, od dyspozycji piłkarzy występujących na każdej, bez wyjątku pozycji, poprzez zaangażowanie, zgranie, jakość estetyczną i skuteczność akcji ofensywnych (litania ta może być naprawdę długa), a na fantastycznych wynikach skończywszy. Refleksja – jeśli „Barca” bez większego wysiłku może wpakować piątkę zespołowi wydawałoby się (wcześniej) równie mocnemu, prowadzonemu przez trenera uchodzącego za najzdolniejszego i najlepszego, jeśli jest w stanie zdemolować odwiecznego rywala (i to na jego własnym stadionie), który posiada najmocniejszą drużynę od kilku(nastu) lat, w dodatku prezentującą się po prostu świetnie podczas samego meczu, to należałoby zadać sobie pytanie: jak długo tak jeszcze można? Jak długo gracze z Camp Nou będą prezentować się na tyle dobrze, że postronny kibic będzie się głowił, czy to jeszcze piłka nożna, czy może już magia lub inne zdolności nadprzyrodzone? Okazało się, że niedługo. Okazało się, że granica między futbolem kosmicznym a zwykłą kopaniną jest niezwykle cienka… (patrz: mecz Barcelony z Athletikiem Bilbao w Copa del Rey)
Prędkość… prędka

Z takową poruszają się po hiszpańskich murawach gracze Realu. W porównaniu z Barceloną, jak pokazały to dobitnie Gran Derbi, jest to prędkość godna muchy w smole, jednak dla pozostałych drużyn Primera Division niemalże nieosiągalna. Wiedzieli o tym gracze Sevilli, którzy nie próbowali gonić Realu, wiedząc, że jest to niemalże równoznaczne z samobójstwem. Gracze z Andaluzji zupełnie oddali pole gry Realowi, ustawiając jednak szalenie skuteczne zasieki przed bramką Palopa, od czasu do czasu tylko wyprowadzając kontrataki. „Los Blancos” przez 77 minut tłukli głową w andaluzyjski mur, aż w końcu pękł, za sprawą Angela Di Marii, który po krótkiej zabawie w ciuciubabkę z Andresem Palopem przelobował go strzałem z ostrego kąta. Ogólnie spotkanie można podsumować stwierdzeniem krwawa łaźnia, sędzia pokazał bowiem aż trzynaście kartek (dwie czerwone), a na boisku co i rusz dochodziło do spięć. Mecz wyglądałby jednak zupełnie inaczej, gdyby Karim Benzema prezentował się tak, jak przystało na piłkarza Realu Madryt. Francuz z niesłychaną regularnością przeplata mecze niezłe lub dobre totalnie nieudanymi, a do tych drugich z pewnością trzeba zaliczyć jego ostatni występ. Ciężko powiedzieć, co musiałby zrobić, by nie zostać niebawem pogoniony z Realu. Wydaje się, iż po meczu z Sevillą żadne piłkarskie argumenty do włodarzy i kibiców „Los Merengues” już nie przemówią.










