Jechałem kiedyś nocnym pociągiem do Kijowa. Przyjazd planowany był na 9:42, ale gdzieś w okolicach godziny 6:00 nad ranem obudził mnie straszliwy raban, krzyki i muzyka. Rozsunąłem zasłony w oknie i… przeniosłem się w czasie. Wszystko wyglądało jak obrazki wyjęte żywcem z polskiej prowincji sprzed 30 lat. Kobiety sprzedawały kozy, wąsaci chłopi oferowali zboże w workach i magnetofony kaseciaki. Oglądając ten specyficzny targ na stacji kolejowej, pomyślałem – o zgrozo, zboczenie zawodowe – o Premier League. Był akurat sierpień i targi piłkarskie trwały w najlepsze. Tegoroczny sezon zbliża się ku końcowi, a jarmark zwany oknem transferowym już niedługo znów otworzy swoje podwoje.
Nie będę pisał o sir Aleksie Fergusonie, gdyż temat ten został już tak rozwałkowany w prasie, że brakuje chyba tylko opinii papieża Franciszka o genialnym szkockim menedżerze. SAF odchodzi w cień, przychodzi Moyes. Wybór najlepszy z możliwych, niezaburzający ciągłości manchesterskiej dynastii i dawno temu przyjętej polityki. Dziwnie toczą się te trenerskie losy. Dwa tygodnie temu wydawało się jeszcze, że sir Alex jest wieczny, a Mancini może spać spokojnie pod niebieską kołderką haftowaną w petrodolary. David Moyes mógł co najwyżej pomarzyć o pracy w Bundeslidze, a tu mija – w skali futbolowego uniwersum – chwilka, mgnienie i menedżer Evertonu trafia trenerską szóstkę w totka.

Wielkie zmiany w Manchesterach – zarówno jednym, jak i drugim. Nie ma Fergusona, nie ma już Manciniego. Czarę goryczy przelał przegrany finał Pucharu Anglii z Wigan i włoskiemu miłośnikowi gustownych szalików powiedziano „arrivederci” ku wielkiej dezaprobacie fanów. Faworytem bukmacherów do objęcia schedy po Roberto jest ponoć Manuel Pellegrini. „El Ingeniero” na razie spuszcza zasłonę milczenia, enigmatycznie mówiąc, że jego przyszłość wyjaśni się w ciągu kilku najbliższych dni. Czyli witamy na Etihad Stadium. Na miejscu włodarzy City wstrzymałbym się jednak z wyborem, gdyż na rynku dostępny jest Franciszek Smuda.
A teraz całkiem serio. Piękno futbolu polega przede wszystkim na tym, że jest nieprzewidywalny, także w finansowym aspekcie. Sukces Wigan znacząco zakrzywił rzeczywistość, pokazując, że w futbolu istnieje jeszcze miejsce na romantyzm, a o zwycięstwie na murawie nie decydują pieniądze, ale ludzkie mięśnie, rozum i wola walki. Zwycięstwo to jest być może łabędzim śpiewem „The Latics”, jednak monumentalnym i nikt go im już nigdy nie odbierze. Takich underdogów jak Wigan było w tym sezonie całkiem sporo, a z graczy pozyskanych tanio lub za darmo można by złożyć całkiem niezłą jedenastkę. O takie zestawienie pokusił się właśnie angielski „The Sun”.
W skład drużyny weszli:
Piłkarze pozyskani za darmo – Jussi Jaaskelainen, Claudio Yacob, Mohamed Diame














