AH: Ta ostatnia niedziela


Jakieś 15 lat temu zapytałem mojego tatę, czemu jest taki smutny. Odpowiedział z rozbrajającą szczerością, przypisaną z definicji raczej dziecku, a nie dojrzałemu mężczyźnie – sezon właśnie dobiegł końca. Mój ojciec jest zagorzałym fanatykiem Realu Madryt oraz całej Serie A, którym kibicuje od blisko 30 lat. Nie poszedłem jednak w jego ślady, swoją miłość skierowałem bowiem w stronę brzydkiej pogody, paskudnych brytyjskich akcentów oraz trzasku gruchotanych kości po kolejnym brutalnym wślizgu. Po ostatnim gwizdku 38. kolejki Premier League zrobiło mi się zwyczajnie smutno, rozumiem swojego ojca doskonale…


Udostępnij na Udostępnij na

Nie był to wybitny sezon. Gdybym miał być brutalnie szczery, powiedziałbym, iż był to taki sobie sezon. Łapię się jednak często na tym, iż wynika to po prostu z doświadczeń. Jeśli człowiek wychował się na angielskiej piłce pokolenia Beckhama, Shearera, Adamsa czy Suttona, to chcąc nie chcąc, wszystko i tak będzie porównywał do okresu swojej pierwszej fascynacji Premier League. Mając jednak wybór, poszedłbym krok dalej i chciałbym wychować się na piłce pokolenia Dalglisha, Sounessa czy Keegana. Przypomina to analogicznie sytuację z filmu Woody’ego Allena „Midnight in Paris”, w którym główny bohater nocami przenosił się do swojego ukochanego Paryża lat 20. XX wieku. Postać grana przez Owena Wilsona była zafascynowana tamtą epoką, jednak ludzie spotykani przez niego marzyli znów, by żyć pod koniec XIX wieku, w złotej erze Paryża… I tak w kółko. Zawsze wydaje nam się, że to, co było kiedyś, było dużo lepsze.

Artur Boruc
Artur Boruc (fot. Skysports.com)

Jaki by ten sezon nie był, pozostanie na zawsze naznaczony odejściem wielu znakomitości. Nie ma już sir Aleksa, nie ma Scholesa, nie ma Carraghera. Taka kolej rzeczy – stare lisy odchodzą w cień, a na ich miejscu pojawiają się nowe cwaniaczki. Co do status quo w tabeli, to jest jak zawsze, jedynie Manchestery zamieniły się miejscami. W Lidze Mistrzów zagrają ci co zwykle, nihil novi. Zawiódł Tottenham, co w praktyce – oby nie – oznacza odejście Garetha Bale’a z White Hart Lane. Walijczyk nareszcie ustabilizował formę, a rozwój, którego dokonał, jest po prostu niebotyczny. Chuderlawy skrzydłowy zamienił się w gladiatora muraw, praktycznie nieprzypisanego do żadnej pozycji artystę futbolu. Akcja, którą przeprowadza raz po raz, jest tak samo banalna jak u Robbena, ale i tak nikt nie umie Walijczyka powstrzymać. Sławny podkoszulek noszony przez Dimitara Berbatowa powinien trafić w ręce Bale’a, gra „Kogutów” toczyła się bowiem przez cały sezon właśnie w myśl maksymy: „Keep calm and give me the Ball”. Gareth nie zawodził.

Bardzo podobała mi się postawa West Hamu i Southamptonu. Sam Allardyce to twardy facet, stara angielska szkoła. Preferuje on piłkę nożną, którą kocham – bez zbytniego kombinowania, nastawioną na pragmatyzm, a nie na bzdurne tiki-taki, zabijające piękno gry ofensywne hiszpańskie catenaccio. De gustibus non disputandum est, dlatego mogę zrozumieć także fanów czysto technicznego grania, typowego dla Półwyspu Iberyjskiego. Dwa w jednym łączył za to Southampton. „Święci” – zwłaszcza pod okiem Mauricio Pochettino – prezentowali miłą dla oka piłkę, połączenie siły oraz gry do przodu. Ekipa odrodzonego niczym Feniks z popiołów Artura Boruca była specjalistą od nękania silniejszych rywali, stawiając się Manchesterowi City czy Liverpoolowi. Głośno jest ostatnio o możliwym odejściu prezesa Southamptonu Nicoli Cortese, który zatrudnił Pochettino. Argentyński menedżer jest ponoć szalenie lojalny i jeśli Cortese odejdzie, to boss z St. Mary’s Stadium także. Byłaby to niepowetowana strata, gdyż drużyna pod okiem Pochettino zrobiła wyraźny postęp.

Zaskoczyli pozytywnie debiutanci, jak to się mówi „New kids on the Block”. Prym wiedli zwłaszcza Romelu Lukaku i Christian Benteke, a także Eden Hazard. Jaki jest wspólny mianownik tych panów? Oczywiście wszyscy oni są Belgami! Co prawda Lukaku już drugi sezon spędził na Wyspach, ale w swojej premierowej kampanii grywał marne ogony w Chelsea, więc praktycznie się to nie liczy. Romelu prawdziwą szansę otrzymał w West Bromie, a wypożyczenie okazało się strzałem w dziesiątkę. Belg błyszczał, strzelił 17 goli, w tym aż trzy w pożegnalnym meczu sir Aleksa Fergusona. Impressive. Jeszcze lepszy był za to Benteke. Christian cały sezon utrzymywał na wodzie tonącą łajbę z Villa Park, a jego 19 goli to ponad 40% wszystkich bramek strzelonych przez „The Villans”. Swoją klasę potwierdził także Eden Hazard. Mały maestro spłacił każdego pensa wydanego na niego i jeśli tylko kontuzje nie pokrzyżują mu kariery, Chelsea będzie miała z niego pożytek przez najbliższe 15 lat.

Polub Bloody Football! na Facebooku

Ciekawie zapowiadają się roszady trenerskie. Na swoisty menedżerski Mount Everest wdrapał się w końcu po wielu latach David Moyes i zobaczymy, czy podoła zadaniu. W niebieskiej części Manchesteru tron stoi pusty, tak samo jak na Stamford Bridge oraz Goodison Park. Pomimo wielu przeciwności losu świetną robotę wykonał w Chelsea „The Interim One”, czyli Rafa Benitez. Hiszpan udowodnił, że ma cojones i praktycznie zrobił to, co do niego należało, mimo wiecznie wiejącego w oczy wiatru. Dobrze z ligą przywitali się także wspomniany już wcześniej Pochettino, ale i skandalista Paolo Di Canio oraz Steve Clarke z WBA. Ciekawią mnie za to niezmiernie losy Roberto Martineza. Zostanie na DW Stadium czy odejdzie? W ogóle Wigan było bohaterem chyba najbardziej pokręconego emocjonalnie rollercoastera uczuciowego w tym sezonie. Najpierw zdobyło Puchar Anglii, a parę dni później spadło z ligi. Pandemonium, nieprawdaż?

Wybierałem już swoją jedenastkę sezonu, ale gdybym miał podsumować właśnie zakończoną kampanię, uczyniłbym to w ten sposób:

Co nie podobało mi się w sezonie 2012/2013?

5. Zwlekanie z zaproponowaniem nowego kontraktu Frankowi Lampardowi. Nie wiem, jak to się robi w Rosji, ale na Wyspach jednak noblesse oblige… Tak się nie godzi postępować, panie Romanie…

4. Wyrzucenie Roberto Manciniego, a pozostawienie na stołkach Wengera i Pardew. Może i Roberto był opryskliwy dla graczy, może mu nie wyszedł sezon, jednak wprowadzał on jakąś stabilizację w poczynaniach City. No i zdobył mistrzostwo. Błąd szejków – zaczynają od nowa. Co do Francuza, to moim zdaniem powinien już dać sobie spokój z mamieniem oczu kibiców „Kanonierów” i zająć się czymś, co lubi i umie robić, np. drużyną U-18… Arsenal znów jest w LM, ale to chyba wszystko, na co stać już Wengera. Czas przewietrzyć gabinet trenerski na Emirates Stadium. „Srebrny Lis”, czyli Alan Pardew, zawiódł natomiast na całej linii. Grę „Srok” w obecnym sezonie można opisać wyłącznie jednym epitetem: degrengolada…

3. Odejście „Balo”… Mówcie, co chcecie, ale chłopak zawsze poprawiał mi dzień…

Romelu Lukaku, West Bromwich Albion
Romelu Lukaku, West Bromwich Albion (fot. skysports.com)

2. Totalny brak emocji. United wywalczył tytuł łatwo, miło i przyjemnie. Tak jakby tym mistrzostwem cała liga chciała pozbyć się już Fergusona w myśl zasady – a niech ma i niech sobie już idzie.

1. Odejścia, odejścia, odejścia… Sir Alex, Scholes, „Carra”, Beckham – co prawda Ligue 1, ale on akurat nierozerwalnie oraz dożywotnio związany jest z Premier League – jak mawia klasyk: „to se ne vrati”.

A co było na plus?

Wyróżnienie: Artur Boruc – po raz kolejny zagrał na nosie swoim oponentom i niczym kocur znów spadł na cztery nogi. Polski bramkarz wydobył się z futbolowego niebytu i ponownie zaistniał na piłkarskiej mapie świata, a do tego dokonał progresu. Serio – gra w Southamptonie jest lepsza niż kolejne mistrzostwo w dwubiegunowej – a teraz właściwie jednobiegunowej – szkockiej lidze.

5. Tytuł dla van Persiego – najlepsze żądło ligi zasłużyło na to mistrzostwo jak mało kto. Plus prztyczek w nos Wengera – jednak się da, panie Arsene.

4. Wspomniani wyżej Belgowie, a zwłaszcza Benteke i Lukaku. Ci dwaj goście to przyszłość tej ligi.

3. Paolo Di Canio – nie popieram jego politycznych fascynacji, ale jako piłkarza i menedżera go uwielbiam. Dawno nie widziałem takiej charyzmy w Premier League. Tak dzikie oczy jak Włoch po strzelanych przez Sunderland golach miał ostatni raz chyba tylko Roy Keane, po złamaniu nogi Alfowi-Inge Halandowi. Pasja oraz dzikość serca.

2. Upadek QPR. Historia z pięknym morałem w tle – pieniądze szczęścia nie dają, a o wyniku decydują pot, krew i łzy, a nie petrodolary. Niezwykle budujące.

1. Gareth Bale & AVB. Nie jestem kibicem Tottenhamu, ale historia Bale’a mnie urzekła. Niesamowity talent, a przy tym sympatyczny gość. Oby został na White Hart Lane. Co do Portugalczyka, to zabrakło mu zaledwie jednego malutkiego kroczku do LM, ale to nic. Andre czeka świetlana przyszłość na White Hart Lane. Jeśli jeszcze zostanie Bale, to obaj będą rośli w siłę.

I zrobiło się smutno. Premier League, do zobaczenia w sierpniu! God save the Queen!

Artykuł ukazał się także na Bloody Football! Bliog

Komentarze
Andre (gość) - 13 lat temu

Kuba Machownia poraz kolejny udowadnia, że jest
świetnym felietonistą. Gratulacje.

~frycek (gość) - 13 lat temu

Super tekst brawo!!!!!!

Kuba Machowina (gość) - 13 lat temu

Dziękuję za miłe słowa :) Zapraszam do polubienia
bloga na FB :)

Błażej Zięty (gość) - 13 lat temu

Każdy tekst Kuby czyta się z pasją. Nawet jak
ktoś się nie zna na angielskiej piłce, to wie o co
chodzi:) Brawo Kuba!!

~Aras3594 (gość) - 13 lat temu

Znakomity felieton. Czyta się łatwo, przyjemnie i
nic nie nudzi. Natomiast treść felietonu mnie
urzekła.

Najnowsze