Był taki poemat Allena Ginsberga, właśnie pod tytułem „Howl” (po polsku „Skowyt”). Rzecz była to skandalizująca jak na owe czasy ogromnie i dała podwaliny pod całe pokolenie bitników i nurt w literaturze amerykańskiej z nimi związany. Skowytem rannego zwierzęcia dogorywającego na zielonej murawie gdzieś w północno-wschodniej Anglii była także gra Newcastle w meczu przeciwko Liverpoolowi. Alan Pardew dokonał rzeczy wiekopomnej, a zarazem unikatowej – z chytrego srebrnego lisa stał się wyliniałym czworonogiem w potrzasku. Na jego szczęście jest jeszcze w tej lidze Harry Redknapp i pewna piękna historia z przestrogą w morale, a zakończona spektakularnym kataklizmem…
Jeśli sparafrazujemy amerykański sen „od zera do bohatera”, to adekwatnie bohaterem angielskiego snu był w zeszłym sezonie Alan Pardew. Białowłosy szkoleniowiec perfekcyjnie poukładał powierzone mu klocki, a to, co z nich wykreował, przeszło oczekiwania absolutnie wszystkich, w tym właściciela Newcastle Mike’a Ashleya. Pardew niczym mityczny król Midas zamieniał wszystko w złoto, a „Sroki” zakończyły sezon na rewelacyjnym piątym miejscu, prześcigając w tabeli liverpoolskich bliźniaków oraz ociekający złotem dwór cara Romana. Jak mawia kulinarna maksyma: apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc jeśli „Sroki” zajęły w zeszłej kampanii piątą lokatę, to naturalnym tokiem rozumowania wydawał się progres, czyli Liga Mistrzów.
Od bohatera do zera

Współczuję Alanowi Pardew. Jak spaść, to z wysokiego konia, ale aż takiej apokalipsy nie spodziewał się na St James’ Park nikt. Drużyna, która wydawała się śmiało kandydatem do walki o Ligę Mistrzów, walczy w tym momencie o… bezpieczne utrzymanie. Oczywiście los jest nieprzewidywalny, ale wątpię, by „Sroki” spadły, to już byłoby za dużo wiatru w oczy jak na jeden raz. Oczywiście nie znaczy to absolutnie, że fani z St James’ Park mają się z czego cieszyć. Obecny sezon należy uznać za stracony, a rannego wykurować, by był gotowy w wakacje na nową bitwę. Aby tak się jednak stało, trzeba wyjść z twarzą i dokończyć obecne potyczki.
Sam właściciel klubu Mike Ashley zapowiedział głośno – zostawiając sobie awaryjną furtkę – jeśli „Magpies” spadną z ligi, on sprzedaje klub. Wszyscy Geordies wstrzymali oddech, mając w pamięci kwarantannę w The Championship sprzed trzech lat. W samym centrum zdarzeń znalazł się oczywiście Pardew, który nigdy do końca nie miał dobrego PR-u na St James’ Park. Wiadomo – zastąpił ulubieńca kibiców Chrisa Hughtona. W zeszłym sezonie Pardew wkupił się nieco w łaski fanów z północno-wschodniej Anglii, jednak w obecnej kampanii demony powróciły – i zrobiły to ze zdwojoną siłą. Zły szeląg znów spędził sen z oczu białowłosego Alana.
Francuza kupię
W styczniu zawrzało. Newcastle przechrzczono z francuska na „Nouveau Chateau”, „Sroki” bowiem wykazały się chytrością typową dla tego gatunku ptaków, podkradając paru niezłych graczy znad Sekwany, w dodatku z kończącymi się niebawem kontraktami. Wszyscy się podpalili. Nie było w tym nic dziwnego, nazwiska pozwalały bowiem wlewać gorący żar optymizmu w serca fanów – na St James’ Park stawił się cały zaciąg najlepszych speców z Legii Cudzoziemskiej: Sissoko, Gouffran, Yanga-Mbiwa czy Debuchy. Kibice i media w Anglii krytykowały jednak Pardew i Ashleya, że kupują samych Francuzów, odzierając ten typowo angielski klub z jego brytyjskiego charakteru.












