Miedź Legnica, która fatalnie zaczęła sezon Betclic 1. Ligi – od trzech porażek – szybko zdecydowała się na zmianę menadżera. Czy klub z południowo-zachodniej części Polski nie pospieszył się jednak za bardzo? Tak szybkie rozstanie z Wojciechem Łobodzińskim może odbić się czkawką osobom zarządzającym „Miedzianką”, której celem przed sezonem była przecież walka o powrót do Ekstraklasy.
Nie wielki powrót
Gdy Wojciech Łobodziński wracał do Miedzi Legnica, wybór ten wydawał się bardzo racjonalny zarówno dla niego, jak i dla klubu. Trener Łobodziński co prawda przez 6 miesięcy po zwolnieniu z Arki Gdynia pozostawał bezrobotny, była to jednak jego decyzja. 42-latek nie mógł narzekać na brak zainteresowania ze strony innych klubów, ale świadomie wstrzymywał się z podpisaniem kontraktu z nowym pracodawcą. Legenda Miedzi, bo za taką uznawany jest w Legnicy Wojciech Łobodziński, swojego powrotu na stadion przy ul. Orła Białego nie będzie wspominać jednak najlepiej – w czerwcu podpisał kontrakt na obecny sezon, a już 2 miesiące później stracił pracę.
Już początek tej przygody nie napawał optymizmem. Trener, który podczas pierwszej swojej przygody w Miedzi Legnica stał się niejako zakładnikiem własnego sukcesu, przegrał 2 z 3 pierwszych spotkań. Jego zespołowi w pierwszym meczu udało się pokonać tylko Wisłę Kraków. Dokładnie ten sam klub ograła ekipa Wojciecha Łobodzińskiego w półfinale baraży, do których podchodziła z obawą. Z zespołu, który miał być jednym z faworytów do awansu, Miedź stała się zespołem-zagadką. Wpłynęły na to przede wszystkim porażki w trzech ostatnich meczach sezonu. Można więc powiedzieć, że Miedź Legnica kończyła rozgrywki w podobny sposób do tego, w jaki je zaczęła pod wodzą Wojciecha Łobodzińskiego.
Baraże, czyli początek końca
Baraże to osobna historia. Choć Wojciech Łobodziński miał już w nich pewne doświadczenie nabyte w Arce, tak jak i w Gdyni, w finale musiał uznać wyższość rywali. Oczywiście w poprzednim klubie jego porażka była bardziej abstrakcyjna. Dla przypomnienia – „Arkowcy” w meczu z Motorem Lublin, po golu Olafa Kobackiego prowadzili od 13 do 87 minuty. Wtedy to właśnie Piotr Ceglarz kapitalnie przymierzył z rzutu wolnego. Już chwilę później Mbaye Ndiaye znalazł się w polu karnym, nawinął obrońcę i zapewnił Motorowi awans do Ekstraklasy.
W zeszłorocznym półfinale baraży Miedź Legnica musiała się wybrać do Krakowa na ciężkie starcie z miejscową Wisłą. Taki los słabą formą pod koniec sezonu sami sobie zgotowali piłkarze Wojciecha Łobodzińskiego. Co dla wielu okazało się zaskoczeniem – udało im się ograć „Białą Gwiazdę” i to z zachowaniem czystego konta. Oczywiście nie byłoby to możliwe bez odrobiny szczęścia, które tego dnia zdecydowanie było po stronie gości. Z ponad 20 strzałów Wisły tylko 4 były celne, a 2 w końcówce obijały obramowanie bramki. Słaba skuteczność krakowian mocno więc pomogła trenerowi Wojciechowi Łobodzińskiemu i jego podopiecznym w znalezieniu się w finale.











