W sobotni wieczór poznamy nowego króla Europy. Nie będzie to ani Barcelona, ani Real Madryt. Kto sięgnie po upragniony puchar Ligi Mistrzów – pragnąca tego jak nikt inny londyńska Chelsea czy monachijski Bayern, którego przewagą jest gra na własnym stadionie?
Gdy rozlosowano pary 1/4 finału tegorocznych rozgrywek Ligi Mistrzów, zdecydowana większość ekspertów w ciemno stawiała na hiszpański finał. Niewielu wyobrażało sobie zapewne, że drużyny Realu Madryt i FC Barcelona odpadną z najważniejszej piłkarskiej imprezy w Europie. A czy znalazł się w ogóle ktoś taki, kto myślał, że żadna z ekip z Półwyspu Iberyjskiego nie znajdzie się w finale? Szczerze wątpię. Los zagrał jednak Hiszpanom na nosach. Nieefektywna Barcelona i niekonsekwentny Real Madryt ustąpią tym samym miejsca w finale Champions League odpowiednio Chelsea Londyn i Bayernowi Monachium. Mimo wszystko emocji na Allianz Arena na pewno nie zabraknie.
Dla londyńskiej Chelsea zwycięstwo w tych rozgrywkach to już po prostu obsesja – obsesja, dokładniej mówiąc, Romana Abramowicza. Rosyjski multimiliarder nie patrzy na cenę, po prostu chce, aby „The Blues” sięgnęli w końcu po upragniony tytuł. Nie udało się to w 2008 roku, kiedy na Łużnikach przegrali po rzutach karnych z Manchesterem United. Czy powiedzie się teraz? Bayern to na pewno drużyna zdecydowanie bardziej utytułowana. Puchar Ligi Mistrzów jego zawodnicy wznosili już cztery razy. Jak by nie patrzeć, to ich trzeba uznawać za faworyta jutrzejszego starcia. Chelsea co prawda wyeliminowała w półfinale drużynę, którą uważa się za najlepszą w historii, ale nie mniejsza w tym zasługa samej „Barcy”. Bayern zaś był w spotkaniu z Realem Madryt ekipą zdecydowanie lepszą. Nie można tutaj wymigiwać się tym, że „Królewscy” byli zmęczeni, a rzuty karne to loteria. Pech chciał jednak, że w sobotnim finale dużą rolę odegrać może przypadek.
Nie możemy dojść do innego wniosku, kiedy przyjrzymy się kadrom obydwu zespołów. Widmo zawieszeń wisiało nad zawodnikami już w półfinałowych pojedynkach. Zażarta walka w rewanżach na Camp Nou i Estadio Santiago Bernabeu sprawiła, że zarówno ekipa Chelsea, jak i Bayernu będą musiały poradzić sobie z wieloma absencjami. Jeśli chodzi o podopiecznych Roberto Di Matteo, to z powodu kartek nie będzie mogła zagrać czwórka zawodników – John Terry, Branislav Ivanović, Raul Meireles i Ramires. Ostatnimi czasy z urazami zmagali się ponadto Gary Cahill i David Luiz, ale obydwaj wybiegną jutro w podstawowym składzie. Jupp Heynckes nie będzie mógł skorzystać z usług zawieszonych za kartki Alaby, Gustavo i Badstubera. Jakby tego było mało, kontuzjowani są Breno i Daniel Van Buyten. Oznacza to, że „Bawarczycy” mogą mieć naprawdę bardzo poważne problemy w grze defensywnej. Problemów nie powinno być na całe szczęście w przedniej formacji. Arjen Robben nie wziął udziału w ostatnich dwóch sesjach treningowych, ponieważ doskwierało mu przeziębienie, ale nic nie powinno stanąć na drodze, aby zagrał przeciwko Chelsea w pełnym wymiarze czasowym.
Jedno jest pewne: rąk nad jakimikolwiek absencjami nie załamują trenerzy obydwu zespołów, a już na pewno nie Jupp Heynckes. – – powiedział Niemiec, wysyłając słowa pochwały w kierunku trenera Chelsea Londyn, który „krok po kroku poprawia kontakt z zawodnikami i tworzy niezbędną harmonię”. Harmonia ta, a nawet zwycięstwo w Lidze Mistrzów, może jednak nie zapewnić Włochowi bezpiecznej przyszłości. Mówi się, że nawet jeśli Di Matteo uniesie w górę Puchar Europy, Roman Abramowicz podziękuje mu za współpracę. Jak na ironię, byłby to drugi taki przypadek w historii, kiedy trener wygrywający te rozgrywki, odchodzi z klubu. Pierwszym szkoleniowcem, który musiał się z czymś takim zmierzyć był… Jupp Heynckes – w 1998 roku, kiedy wygrał Ligę Mistrzów z Realem Madryt i natychmiast z niego odszedł.









