Wczorajszy dzień zaczął się dla kibiców piłki nożnej dość niespodziewanie. Gdy wszyscy czekali już na mecz otwarcia mistrzostw świata, Chelsea Londyn ogłosiła transfer nowego zawodnika. I to jakiego! Cesc Fabregas zamienił barwy katalońskiej Barcelony na niebieską koszulkę londyńskiej drużyny. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie chodziło właśnie o Fabregasa i jego stosunek do Chelsea i Mourinho.
Gdy przed mundialem na konferencji prasowej reprezentacji Hiszpanii, media zarejestrowały poufną rozmowę Gerarda Pique oraz Vincente del Bosque, wiadomo było, że w przyszłym sezonie nie zobaczymy już Fabregasa na Camp Nou. Tajemnicą nadal jednak pozostawało, gdzie zagra 27-letni Hiszpan. Z prawa pierwokupu nie skorzystał Arsenal Londyn, a w walce o pomocnika pozostały już w zasadzie tylko dwa kluby – Manchester United i Chelsea Londyn. Ostatecznie Fabregas zdecydował się na tych drugich i rozpętał tą decyzją małą wojenkę w piłkarskim światku.
Nie było wczoraj żadnej gazety ani telewizji, która nie wspomniałaby o transferze Hiszpana. Śmiem twierdzić, że na moment na drugi plan zeszły same mistrzostwa świata. Ok, bardzo dobry zawodnik przechodzi do bardzo dobrego zespołu. Jednak skąd tyle emocji i to w większości negatywnych? A stąd, że Cesc Fabregas najpierw mówi, a potem myśli. Nie trzeba się tak daleko cofać, by przypomnieć sobie słowa Hiszpana tuż przed odejściem do Barcelony. – A to ci dopiero niespodzianka. Panowie będą mieli teraz świetną okazję, by wymienić swoje poglądy. Mało? Nic prostszego. Każdy kibic Arsenalu, i Chelsea zapewne też, pamięta słowa Fabregasa z 2010 roku, kiedy to zwrócił się do kibiców „Kanonierów”. – No cóż, na to się raczej nie zanosi, ale już pierwsi kibice zaczynają palić koszulki z numerem „4”. Miłość jest jednak bardzo krótka.











