Być może to za szybko, żeby stwierdzić, że Warta Poznań znalazła kolejnego Makanę Baku, ale znów mają zawodnika, który ciągnie ich grę. Frank Castaneda najpierw nie wykorzystał karnego, który być może kosztował poznaniaków trzy punkty, ale co do jego umiejętności piłkarskich nie mamy żadnych wątpliwości.
Jeśli Warcie znów uda się utrzymać w ekstraklasie, to spokojnie będziemy mogli mówić o pewnym schemacie. Przeciętna lub słaba runda jesienna zakończona w strefie spadkowej lub bardzo blisko niej (przed rokiem 14. miejsce), a wiosną powolne pięcie się w tabeli. Przyczyniają się do tego głównie zimowe wzmocnienia. Rok temu był to Makana Baku. Zaryzykujemy nawet tezą, że wówczas najlepszy zawodnik na polskich boiskach, a tej zimy ściągnięto innego kozaka, Franka Castanedę.
Warto od razu zaznaczyć, że Kolumbijczyk w normalnych warunkach nigdy nie przyszedłby do ekstraklasy, a już na pewno nie do drużyny ze strefy spadkowej. Chrapkę na niego miała choćby Legia. Od razu także wiadomo, że zasilił szeregi Warty tylko do końca sezonu. „Zieloni” potrzebowali po prostu kogoś z innej półki w ofensywie, bo to była największa bolączka zespołu Dawida Szulczka.
https://twitter.com/MauroFutbol10/status/1503438807286300676
Podczas gdy inni narzekali i nie chcieli brać zawodnika tylko na pół sezonu, Warta Poznań poszła na prosty układ. Ty nam pomagasz w utrzymaniu, a my dajemy tobie kontrakt i pograsz pół roku. No i na razie Frank Castaneda bawi się polską ekstraklasą. Emanuje pewnością siebie, bo przecież kilka miesięcy temu jako kapitan Sheriffa Tyraspol pokonał Real Madryt na Santiago Bernabeu.
Warta Poznań ściągnęła gościa z innej półki
Jeśli przed przyjściem Makany Baku można było mieć pewne wątpliwości, czy on na pewno wypali, tak przed przyjściem Castanedy zastanawialiśmy się, czy to nie błąd systemu. Król strzelców ligi mołdawskiej to jeszcze nic takiego, co prawda urządzał sobie polowania, ale rywale raczej byli słabi. Jednak fakt, że był kluczowym graczem wielkiej niespodzianki fazy grupowej Ligi Mistrzów, czyli Sheriffa Tyraspol, działa na wyobraźnię. Ponadto to, że w lidze mołdawskiej potrafił w trzech meczach z rzędu aż ośmiokrotnie pokonać bramkarza, robi wrażenie. Po prostu bawił się tam z rywalami jak z dziećmi. Pamiętać jednak należy, że Sheriff to absolutny dominator, a Warta to raczej żółtodziób.
To mu jednak nie przeszkadza. Pierwszą bramkę upolował już po 29 minutach w swoim drugim meczu z Jagiellonią. Co prawda wystarczyło, że dołożył nogę, ale zgadujemy, że niewielu ekstraklasowych piłkarzy nabiegłoby w tym tempie na dobitkę strzału. Niby nie jest typowym napastnikiem, ale ma niesamowity ciąg na bramkę i jest zmorą obrońców. Pomimo że, będziemy ostrzy, Warta Poznań przegrała z Termalicą przez niego, to przez cały mecz był on o krok szybszy od swoich kolegów. Był dla nich za szybki.











