Kibice będący na stadionie w Gdańsku byli świadkami bardzo dobrego spotkania, szczególnie w pierwszej połowie. Niespodziewanie na prowadzenie wyszedł Villarreal. W drugiej połowie jednakże Manchester United rzucił wszystkie siły do ataku, lecz to wystarczyło jedynie do wyrównania. W dogrywce to podopieczni Unaia Emery’ego prezentowali się lepiej od niemrawych „Czerwonych Diabłów”, lecz do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była seria rzutów karnych – ta okazała się niezwykle emocjonująca, a bohaterem Villarrealu został bramkarz Geronimo Rulli, który obronił „jedenastkę” Davida de Gei.
Unai Emery wprowadza tym samym swój zespół do Champions League. Dla hiszpańskiego szkoleniowca jest to już czwarty triumf w Lidze Europy.
Villarreal pierwszy raz w finale
Dla drużyny Unaia Emery’ego starcie w Gdańsku było szczególnym wydarzeniem. „Żółta Łódź Podwodna” nigdy w swojej historii nie była w finale europejskich rozgrywek. Blisko tego było w 2006 roku, lecz Hiszpanie odpadli w półfinale Ligi Mistrzów z Arsenalem. Sam Emery wyrasta na prawdziwego weterana tych rozgrywek – szkoleniowiec podniósł trofeum Ligi Europy już trzykrotnie z Sevillą. – Każdy finał jest inny. W poprzednich prowadziłem już i takie drużyny, które uważano za faworyta, i takie, o których tak nie myślano. Ale to wszystko przeszłość. Pękamy z dumy i mamy pozytywne nastawienie. Dowiedliśmy, że potrafimy utrzymywać stabilną formę – mówił przed tym spotkaniem trener Villarrealu.
Jego drużyna przeszła fazę grupową tych rozgrywek jak burza. W grupie I Hiszpanie trafili na Karabach, Sivasspor oraz Maccabi Tel Aviv. Do 1/16 awansowali z pierwszej lokaty, wygrywając pięciokrotnie oraz remisując raz – na wyjeździe z aktualnym mistrzem Izraela. W fazie play-off bez większych problemów rozprawili się z Red Bullem Salzburg, Dynamem Kijów oraz Dinamem Zagrzeb. Półfinał dla Emery’ego był świetną okazją do konfrontacji z jego byłym pracodawcą, wrócił on bowiem na Emirates Stadium. W pierwszym meczu Villarreal dość nieoczekiwanie wygrał 2:1, a w rewanżu „Kanonierzy”, chociaż musieli atakować, zagrali zbyt statycznie i bezbramkowo zremisowali z niżej notowanym rywalem. To oznaczało piąty finał Ligi Europy dla hiszpańskiego szkoleniowca.
Manchester United chciał ukoronować dobry sezon
„Czerwone Diabły”, faworyci gdańskiego finału i świeżo upieczeni wicemistrzowie Anglii, dotarli do finału po czterech latach przerwy. Wtedy to podopieczni Jose Mourinho pokonali w finale Ajax Amsterdam i po raz pierwszy w swojej historii podnieśli w górę trofeum Ligi Europy. Dla Ole Gunnara Solskjaera była to szansa okazja w trenerskiej karierze na sukces w Europie. Szkoleniowiec Anglików na przedmeczowej konferencji tonował nastroje: – Każdy gracz, który dociera do finału, aby wygrać, musi się zmierzyć z oczekiwaniami i presją. To była długa droga, żeby się tam dostać, a kiedy dojdziesz do finału, szanse rozkładają się pół na pół. Zdaję sobie sprawę, jak wiele razy to mówiłem, ale jesteśmy gotowi. W finale wszystko może się zdarzyć, możesz stracić bramkę w pierwszej minucie, możesz odnieść kontuzję, zostać wyrzuconym z boiska, wszystko może się zdarzyć, więc po prostu musimy być gotowi na wszystko. Takie są finały – .











