„Ronaldo zostanie królem strzelców już po dwóch meczach z Legią”. „Bilans Dynama Zagrzeb (trzy gole strzelone, 22 stracone) byłby wielkim sukcesem”. „Real i Borussia urządzą sobie w Warszawie trening strzelecki”. Te i wiele innych podobnych opinii można spotkać w Internecie, odkąd znamy rywali mistrza Polski w fazie grupowej Champions League. Defetystyczne tony płynące z ust różnych ludzi są jednak mocno przesadzone. Real Madryt, Borussia Dortmund i Sporting Lizbona. Każda z tych ekip na papierze wygląda imponująco, znacznie mocniej niż wracająca z dwudziestoletniej banicji drużyna znad Wisły. Sęk w tym, że nawet w tych z pozoru „ogórkowych” grupach Legia nie byłaby faworytem ani jednego meczu. Istnieje prawdopodobieństwo, że trafienie do grupy B, E czy G skończyłoby się znacznie gorzej, bo klub nie zyskałby tyle w oczach „niedzielnych” kibiców, którzy będą przecież podstawowym celem marketingowym. Wielkie marki w starciu z Polakami, wszyscy kochamy takie historie. Dlaczego więc należy uważać, że Legia wylosowała dobrze, a za kilka miesięcy będziemy mogli mówić o pięknej przygodzie? Argumentów jest kilka.
Jak spadać, to z wysokiego konia
Tak, sama świadomość faktu mierzenia się z obrońcą trofeum i zespołem, który pokonał, wcale nie tak dawno, madrytczyków po fantastycznej grze, powinny legionistów motywować poczwórnie. Porażka 0:5 z Realem czy 0:3 z Borussią zostałaby przyjęta jako coś, co się mogło zdarzyć. Po co więc wychodzić na murawę z niepotrzebną presją? Co ma być, to będzie, przełamanie klątwy polskiego mistrza pozwala marzyć. A nuż któremuś z mocniejszych przytrafi się gorszy dzień, a Legia z posiadaniem piłki godnym Celticu w słynnym wygranym meczu z Barceloną (18%) zadziwi całą Europę? W żadnym wypadku nie można przesądzać o tym, że faworyci w komplecie rozjadą warszawian. Nie zapominajmy, że piłka jest sportem, a każdy sport kocha zaskakiwać.
Zero presji i dobra defensywa. Legia nie powtórzy Dynama
Dynamo Zagrzeb, którego nazwa ostatnio przewija się przez polski Internet o wiele częściej niż zwykle, do Ligi Mistrzów kwalifikuje się w zasadzie co roku. Są do niej przyzwyczajeni, tak samo jak do odpadania po fazie grupowej. Ich niechlubny rekord był swego rodzaju wyjątkiem, sporo mówiło się o oczywistych machlojkach bukmacherskich, do dziś trudno uwierzyć w czystość, zwłaszcza spotkań przeciwko Olympique Lyon. Tracenie średnio czterech bramek na mecz Legii raczej nie grozi, bo po pierwsze optymalne zestawienie defensywy rzadko kiedy traci więcej niż jednego gola (z silniejszymi pewnie przytrafią się gorsze wyniki), a po drugie motywacja i brak jakiejkolwiek presji wyniku będą niosły zawodników z Warszawy niczym skrzydła.
Piłkarze Hasiego grają teraz okropną dla oka piłkę, są krytykowani z każdej możliwej strony, ale też nie przegrali w Europie ani jednego meczu.
Piłkarze Hasiego grają teraz okropną dla oka piłkę, są krytykowani z każdej możliwej strony, ale też nie przegrali w Europie ani jednego meczu. Skoro Dundalk to byli tacy ostatni amatorzy, to jakim prawem wygrali u siebie z BATE 3:0? Trenczyn też pokonywał faworyzowaną Olimpię Lublana, wbijając sześć bramek w dwumeczu. Legii nie strzelił ani jednej.










