Walentynki to dzień okazywania i odczuwania miłości, lecz Tottenham nie zasługuje na choćby namiastkę tego uczucia. Klub z północnego Londynu jest obecnie w kiepskiej formie i ma na koncie fatalną passę trzech porażek ligowych z rzędu. Brak punktów w tych meczach wydawał się niemożliwy, ale Hotspur lubi zaskakiwać. Na podstawie ostatnich poczynań „Koguty” mogłyby zostać bohaterami kampanii Adidasa „Impossible is nothing”. Wygląda to naprawdę niewesoło.
Trzy porażki w ostatnich meczach to jedno, ale gracze Hotspur w 2022 roku zdobyli ledwie dziewięć punktów w Premier League. Starcie z Chelsea zawsze można wybaczyć, lecz brak oczek w spotkaniach z Wolverhamptonem i Southamptonem daje sporo do myślenia. Czyżby Antonio Conte porwał się z motyką na słońce? Czy zimowe transfery mogą okazać się jakże potrzebnymi wzmocnieniami? Zobaczmy!
Tottenham rozczarowuje
Wiem, że niektórzy stwierdzą, iż słowa „Tottenham rozczarowuje” nie są żadnym odkryciem. Rozumiem frustrację kibiców, gdyż ten projekt od jakiegoś czasu nie robi zauważalnego i jakże oczekiwanego progresu. Jednak od czasów pamiętnego finału Ligi Mistrzów sporo się pozmieniało i sytuacja w klubie mocno zmniejszyła moje oczekiwania. Mimo to ostatnie dwa spotkania są sporym ciosem oraz niezwykle wyraźnym sygnałem, że coś jest nie tak.
Mecz z Chelsea to zupełnie inna historia, bo tę porażkę można jeszcze jakoś wytłumaczyć. W końcu Tottenham ostatni raz pokonał „The Blues” 8 stycznia 2019 roku. Od tamtego momentu obie drużyny zdążyły zagrać ze sobą dwanaście razy, z czego aż dziewięciokrotnie Chelsea wychodziła zwycięsko.
Jednakże w spotkaniu z Southamptonem można i trzeba wręcz było wymagać zwycięstwa. Zaczęło się całkiem nieźle. Tottenham za sprawą samobójczego trafienia Jana Bednarka prowadził i gdzieś z tyłu głowy tliła się myśl, iż już tego nie puści. W drugiej połowie „Koguty” ponownie wyszły na prowadzenie, lecz od tego momentu zaczęło się prawdziwe piekło. Klub z północnego Londynu stracił koncentrację, zaczął mizernie grać w defensywie i poskutkowało to stratą dwóch bramek. W samej końcówce dramatyzmu dodało jeszcze nieuznane trafienie Stevena Bergwijna, co spowodowało, że to gospodarze nieoczekiwanie opuszczali stadion na tarczy.
Podczas niedzielnego starcia, tym razem z Wolverhamptonem, powróciły te same demony. Tottenham oczywiście częściej był przy piłce i nawet udało się stworzyć z tego kilka nieźle zapowiadających się akcji, lecz nie przyniosło to niczego wielkiego. Wolves byli bardziej przekonujący w swoich poczynaniach, umieli znaleźć wolne strefy, wykorzystywali potknięcia defensywy i od 20. minuty wyszli na prowadzenie 2:0. Podopieczni Antonio Conte mieli sporo czasu na odwrócenie losów spotkania, ale dało się zauważyć, iż przy większości akcji nie mieli pomysłu, a gdy już dochodzili do strzałów, to byli rażąco nieskuteczni.












