Nie od dziś wiadomo, że trzeci sezon w wykonaniu drużyn Jose Mourinho bardzo odbiega poziomem od tych poprzednich. Miało to miejsce w Chelsea, Manchesterze United, Realu Madryt, Tottenhamie… Zaraz, chwila, chwila, Portugalczyk jest dopiero drugi sezon w ekipie „Kogutów”, a już jego Tottenham się kompromituje. Czy to oznacza, że czas Mourinho już minął?
Tottenhamowi od jakiegoś czasu, lekko mówiąc, nie szło za dobrze. Fakt, jeszcze w listopadzie uznawani oni byli za jednego z faworytów wyścigu o mistrzostwo Anglii. Jednak od kilku miesięcy widoczne było, że stołeczna ekipa nie zmierza w dobrym kierunku. Ba, wygląda to bardziej jak równia pochyła, a ostatnie wyniki najlepiej podsumowują dotychczasową grę „Spurs”.
Coś się popsuło
Tak naprawdę mocno chimeryczna dyspozycja Tottenhamu zaczęła się od momentu porażki z Liverpoolem. Czyli od meczu, w którym zespół Mourinho grał w piłkę może przez kwadrans. Pokazują to statystyki z tego spotkania, pokazuje to wynik i pokazywały to nastroje piłkarzy po tym starciu. Tottenham oddał w tamtej konfrontacji zaledwie dwa celne strzały na bramkę rywala.
Potem było już tylko gorzej. Podopieczni portugalskiego menedżera wygrali zaledwie trzy z jedenastu następnych meczów ligowych. Statystyka ta nie zadowalała nikogo. Kibiców, zarządu, piłkarzy oraz samego menedżera. Kogoś, kto miał koordynować to, co się dzieje w szatni, jak i na boisku. Jednak już w tamtym czasie mogło się wydawać, że zespół traci tożsamość, a i sam szkoleniowiec nie wie, w którą stronę zmierza klub…
Tottenham i jego iskierka nadziei
Po każdej burzy wychodzi słońce. Tak przynajmniej mógł sobie mówić Jose Mourinho, aby zmotywować siebie i swoich zawodników do dalszej pracy nad poprawieniem ich formy. Sytuacja w lidze, delikatnie określając, nie przedstawiała się ciekawie. Ponadto tłumaczenia na konferencjach prasowych w wykonaniu Portugalczyka bywały mocno kontrowersyjne, do czego nas zresztą przyzwyczaił.
Fan „Kogutów” mógł zatem tylko wymawiać frazę ze znanego polskiego serialu „Świat według Kiepskich”: – Ja normalnie tego nie wytrzymię. I tak też było. Wielu kibicom puszczały nerwy, przy czym domagali się zwolnienia Jose. Czy to nastąpiło? Oczywiście, że nie. Jednak wbrew opiniom krytyków klub grał coraz to lepiej, a przynajmniej można było odnieść takie wrażenie, patrząc na wyniki.
Bo to właśnie była ta iskierka nadziei. Bo to właśnie było to, co dawało myśl sympatykom „Spurs”, że jeszcze nie wszystko stracone. „Mou” i jego ekipa wygrali pięć meczów z rzędu, pokonując po drodze Burnley 4:0 czy Crystal Palace 4:1. Na dodatek ofensywni zawodnicy „Kogutów” byli w fantastycznej formie, a do dobrej dyspozycji wracał Gareth Bale. Wszystko miało się ułożyć. Miało być Top 4, miała być Liga Mistrzów, miał być ćwierćfinał Ligi Europy. Niestety…











