W piątkowy wieczór Tomasz Adamek po raz 38. w swojej zawodowej karierze wkroczy na ring. Stawką starcia z Amerykaninem Banksem jest obrona tytułu Mistrza Świata federacji IBF w kategorii cruiserweight. O tej i innych walkach, a także o różnicach i podobieństwach między boksem a futbolem rozmawiał z naszym Mistrzem Tomek Moczerniuk.
Pochodzi Pan z Gilowic koło Żywca dlatego też pański przydomek w ringu to “Góral”. Również w klubie o tej samej nazwie rozpoczął Pan treningi jako dwunastoletni chłopiec. Dlaczego jednak boks, a nie kolarstwo w Góralu Żywiec lub piłka nożna w Beskidzie Gilowice?
Ależ w piłkę w Beskidzie (zajmującym po rundzie jesiennej ostatnią lokatę w Klasie A grupa Żywiec – przyp. TM) grałem bodaj do dziewiętnastego roku życia! Bardzo mile wspominam ten okres. Ale moim przeznaczeniem był boks, bo sporty walki pasjonowały mnie od najmłodszych lat. A już szczególnie właśnie boks.
Młodzi sportowcy mają zwykle swoich idoli, bohaterów, wzory do naśladowania – do kogo wzdychał mały Tomek Adamek? I czyim fanem jest dorosły już Tomasz?
Evander Holyfield i Muhammad Ali – uwielbiałem oglądać ich stare walki, klasyki bokserskie. Jak każde dziecko miałem marzenia i chciałem być – tak jak oni – najlepszy na świecie. Wierząc, że kiedyś się uda rozpocząłem treningi. Obecnie cenię każdego boksera, bo jesteśmy „po jednym fachu” i wiem jaki to ciężki kawałek chleba. Zresztą podobnie jest też w innych dyscyplinach: tylko ciężką pracą można dojść do tytułów, stać się wielkim mistrzem. Trzeba też mieć szczęście.
A co z futbolem? Czy interesuje się Pan piłką nożną? Śledzi rozgrywki krajowej ekstraklasy? Czy ma Pan ulubioną drużynę lub piłkarza?
Nigdy nie byłem zagorzałym fanem piłki, a żyjąc w Ameryce ciężko interesować się tym co dzieje się w Europie. Kiedyś jednak z przyjemnością oglądałem mecze Ligi Mistrzów, szczególnie gdy grała Barcelona, albo Real Madryt. Lubiłem też twardy i szybki futbol angielski.
Jakie jeszcze sporty Pana interesują?
Tenis ziemny. Śledziłem ostatnie wydarzenia w Australian Open, sam staram się od czasu do czasu wyjść na kort i pograć dla przyjemności. Ostatnio też w tenisa zaczęła grać moja córka. Jeśli nie straci entuzjazmu być może wkrótce zacznie grać na poważnie.
Zaczynał Pan, jak wszyscy wielcy pięściarze, od boksu amatorskiego. Po zdobyciu dwóch tytułów: Mistrza Polski w wadze średniej i brązowego medalu na Mistrzostwach Europy w Mińsku w 1998 r. zdecydował się Pan przejść na zawodowstwo, rezygnując tym samym z przygotowań do Olimpiady w 2000 r. Dla wielu sportowców występ na igrzyskach to najwspanialsze przeżycie z możliwych. Czy nie żałował Pan straconej szansy na medal w Sydney?
Nigdy nie żałuje się tego, co się robi. Jeśli się podejmuje jakąś decyzję, to trzeba z tym żyć, obojętnie od tego jakie będą jej skutki. Na Olimpiadzie nie było gwarancji na medal – wszyscy wiemy jaki jest w boksie amatorskim poziom sędziowania. A ja miałem w tym czasie propozycję podpisania kontraktu z angielskim promotorem, więc nie zawahałem się ani chwili. Na igrzyskach nie byłem, ale zdobyłem to co największe: tytuł Mistrza Świata. I to dwukrotnie.










