Do niedawna jedynym rodzimym akcentem na stanowisku trenera w ligach spośród TOP 5 pozostawał Eugen Polański. Niestety, po minionym weekendzie i on pożegnał się ze stanowiskiem. Dzisiejsza rzeczywistość jest wręcz niewiarygodna. Najbardziej utytułowany polski szkoleniowiec za granicą szuka swoich szans w… lidze indyjskiej. Gdzie obecnie odnaleźć naszych fachowców? Jaka przyszłość czeka Polańskiego? Z czego wynika ten regres i jakie są główne przyczyny trenerskiego wykluczenia Polaków w Europie? Zapraszamy do lektury.
Jeszcze kilka sezonów temu liczba cenionych polskich trenerów pracujących poza granicami kraju nie wywoływała aż tak głębokiej konsternacji. W świadomości kibiców funkcjonowały nazwiska Czesława Michniewicza, Macieja Skorży, Marka Zuba czy Tomasza Kaczmarka. Choć żaden z nich nie prowadził w ostatnim czasie zespołów z czołowych pięciu lig Europy, nikt nie bił na alarm. Sytuacja uległa jednak drastycznemu pogorszeniu.
Koniec trenerskiej misji Polańskiego i cień polskiej Ekstraklasy
13 września 2026 roku dobiegła końca przygoda Eugena Polańskiego na stanowisku pierwszego trenera Borussii Mönchengladbach. Były, 19-krotny reprezentant Polski pełnił tę funkcję od 18 listopada 2025 roku, prowadząc zespół „Die Fohlen” w 29 oficjalnych pojedynkach. W tym czasie wykręcił średnią 1,10 punktu na mecz, kończąc ubiegły sezon na 12. miejscu w tabeli.
Start bieżącej kampanii okazuje się jednak dla klubu z Gladbach katastrofalny. Drużyna poniosła trzy porażki w trzech pierwszych kolejkach ligowych, a dopełnieniem kryzysu stała się sobotnia klęska 0:5 w starciu z SC Freiburg. Ostateczny bilans Polańskiego zamknął się w 8 zwycięstwach, 8 remisach i 13 porażkach.
Mimo dymisji, szkoleniowiec nie powinien długo narzekać na brak zajęcia. Jak donosi Piotr Koźmiński z portalu Goal.pl, prawdopodobny jest w przypadku Polańskiego powrót do ojczyzny i podjęcie pracy w Ekstraklasie. Co ciekawe, w kontekście objęcia jednego z rodzimych klubów równolegle przewija się nazwisko urodzonego w Gliwicach Lukasa Kwasnioka, byłego opiekuna 1. FC Köln.
– Te dwa trenerskie nazwiska nieuchronnie będą krążyć nad Ekstraklasą. Lukas Kwasniok, który w ostatnich miesiącach odebrał kilka telefonów z Polski, a teraz doszedł do niego Eugen Polański. Obaj raczej będą woleli poczekać na coś z Niemiec, ale coś mi się wydaje, że prędzej czy później któryś lub obaj tu trafią” – analizuje Piotr Koźmiński.
Te dwa trenerskie nazwiska nieuchronnie będą krążyć nad Ekstraklasą. Lukas Kwasniok, który już w ostatnich miesiącach wg mojej wiedzy odebrał kilka telefonów z Polski (45 lat, urodzony w Gliwicach, do marca trener FC Koeln), a teraz doszedł do niego Eugen Polanski (40 lat,…
— Piotr Koźmiński (@UEFAComPiotrK) September 14, 2026
Prowadzenie zespołu w Bundeslidze stanowiło dla Polańskiego ogromną szansę na zbudowanie rozpoznawalnego nazwiska na Starym Kontynencie. W swoim trenerskim CV zapisał cenne doświadczenie na najwyższym poziomie, poprzedzone prawie trzyletnią pracą z drugim zespołem Borussii (łącznie 108 spotkań). Ponadto, ma on bogatą przeszłość zawodniczą na niemieckich boiskach, na którą składają się 254 rozegrane mecze w Bundeslidze. Zdobyte szlify mogą sprawić, że Polański pozostanie w kręgu zainteresowań zachodnich działaczy, gdy trenerska karuzela znów przyspieszy.
Bałtyckie ślady
Spoglądając na pozostałe kierunki, polscy szkoleniowcy zmuszeni są szukać zatrudnienia na obrzeżach wielkiego futbolu. Do niedawna na zagranicznej liście obecności widniał 40-letni Sławomir Cisakowski. To postać o nietuzinkowej ścieżce. Mimo zbierania szlifów w rezerwach Legii Warszawa, Stali Rzeszów czy Olimpii Grudziądz, posiada spore doświadczenie międzynarodowe. Pracował w Anglii, Zambii, na Litwie, a ostatnio w Estonii.
Prowadząc Riteriai Wilno zdobył mistrzostwo krajowej drugiej ligi, po czym sukces ten powtórzył w estońskim Nõmme United. Do przeprowadzki do Tallinna skłonił go sam prezydent klubu, były bramkarz Arsenalu Mart Poom. Niestety, zderzenie z najwyższą klasą rozgrywkową okazało się bolesne. Dziewiąte miejsce w 10-zespołowej tabeli oraz widmo spadku doprowadziły do rozstania. Renoma, jaką Polak wyrobił sobie nad Bałtykiem, daje jednak nadzieję na szybki powrót na ławkę trenerską. Tamtejsze rozgrywki toczą się w systemie wiosna-jesień i finiszują za niecałe dwa miesiące, co tworzy idealny moment na kadrowe przetasowania.
Swoją karierę w krajach bałtyckich rozwija również Mikołaj Raczyński. Były opiekun Wisły Puławy oraz III-ligowej Polonii Środa Wielkopolska w maju 2025 roku objął drugoligowy litewski klub FK Be1 Jonava. Obok pracy z seniorskim zespołem zapisał na swoje konto wybitny sukces młodzieżowy. Za taki należy uznać wywalczenie z drużyną Be1 Mistrzostwa Litwy U-18, co przyniosło klubowi historyczny awans do eliminacji Młodzieżowej Ligi Mistrzów.
W marcu bieżącego roku Raczyński przejął Dainavę Alytus z celem szybkiego powrotu do litewskiej ekstraklasy. Obecnie jego zespół plasuje się w środku stawki, a zbliżający się koniec sezonu wymusi kluczowe decyzje co do jego dalszej przyszłości.
Azjatycki azyl trenera Tchórza
Na tym tle wyróżnia się postać Tomasza Tchórza, który wyrośnie na najbardziej utytułowanego i ustabilizowanego polskiego trenera na obczyźnie. 34-latek spędza w Indiach już siódmy rok, odpowiadając obecnie za wyniki S.C. Delhi w Indian Super League. W ubiegłej kampanii zajął z tym zespołem 11. lokatę, a jego dotychczasowy bilans w 21 meczach to 6 wygranych, 6 remisów i 9 porażek.
Tchórz mozolnie buduje swoją pozycję w Azji od 2019 roku. Jako asystent Kibu Vicuñy sięgnął po mistrzostwo Indii z ATK Mohun Bagan, a następnie przez 4,5 roku współtworzył struktury Kerala Blasters. Pełnił w tym czasie funkcje trenera tymczasowego, opiekuna drużyny rezerw oraz zespołu U-21.
W listopadzie ubiegłego roku, na naszym portalu ukazał się obszerny wywiad Filipa Tomany ze szkoleniowcem, który znajdziecie poniżej:
Trener Tchórz zdiagnozował wówczas przyczyny, dla których zdecydował się na pracę z dala od ojczyzny.
Wskazał, że ogromną barierą w Polsce są media oraz toksyczne środowisko wokół piłkarskie, niezdolne do merytorycznej dyskusji o procesie taktycznym i warsztacie. Zamiast cierpliwości, merytorycznej analizy i dłuższego planu, w kraju dominuje szukanie sensacji i presja natychmiastowego wyniku. Taki klimat sprzyja bezmyślnej rotacji na ławkach i nie daje przestrzeni do rozwoju, co skłania ambitnych trenerów do poszukiwania pracy w innych zakątkach świata.
Dlaczego zachód nas omija? Anatomia problemu
Dlaczego polski szkoleniowiec na ławce trenerskiej w czołowych ligach Europy stał się widokiem tak unikalnym? Analiza zjawiska pozwala wyróżnić kilka kluczowych barier.
Słaba marka Ekstraklasy i brak obecności w Lidze Mistrzów
Polska liga nie jest traktowana w Europie jako wylęgarnia myśli taktycznej. Sukcesy na krajowej scenie nie robią wrażenia na zagranicznych dyrektorach sportowych. Od pamiętnego awansu Legii Warszawa do fazy grupowej Ligi Mistrzów w sezonie 2016/17 mija właśnie pełne dziesięć lat. W tym czasie w elitarnym gronie meldowały się kluby z Azerbejdżanu, Mołdawii czy Kazachstanu. Brak naszych reprezentantów na najwyższym szczeblu sprawia, że polscy trenerzy są niewidoczni dla zachodniego kapitału.
Promykiem nadziei jest niedawny, historyczny awans Polski na 10. miejsce w rankingu krajowym UEFA. To bezpośrednia zasługa regularnego punktowania w rozgrywkach Ligi Europy i Ligi Konferencji, co w kolejnych sezonach otworzy polskim drużynom znacznie prostszą drogę do faz grupowych.
O tym, jak bezpośrednia konfrontacja z mocnymi rywalami zmienia postrzeganie szkoleniowca, dobitnie świadczy przypadek Adriana Siemieńca. Prowadzona przez niego Jagiellonia Białystok w rozgrywkach Ligi Konferencji grała odważnie, bez kompleksów wobec utytułowanych drużyn. Styl gry Jagiellonii zaprezentowany w starciach z Realem Betis, Strasbourgiem czy Fiorentiną sprawił, że nazwisko Siemieńca trafiło do notatników skautów z Belgii, Holandii oraz Francji. Pokazało to jasny schemat. Zagranica nie szuka polskich trenerów wygrywających mecze w Ekstraklasie metodą zachowawczą. Potrzebni są liderzy wdrażający nowoczesne trendy i odważną taktykę, mimo gry z renomowanym przeciwnikiem.
Kult wielkich nazwisk piłkarskich
W czołowych ligach Europy stery coraz częściej powierza się wybitnym zawodnikom, którzy dopiero co zawiesili buty na kołku. Vincent Kompany, Cesc Fàbregas, Daniele De Rossi, Filipe Luís czy Xabi Alonso – to tylko nieliczne przykłady. Młodzi szkoleniowcy to bardzo często synonim nowego spojrzenia na proces szkoleniowy i wdrażanie nowych metod treningowych. Co istotne posiadają oni spore doświadczenie z czasów zawodowej gry na wysokim poziomie. W czołowych ligach, szansę pracy na stanowisku pierwszego trenera często otrzymują więc byli piłkarze z bogatą karierą międzynarodową. Polacy rzadko spełniają ten warunek.
Doskonałym studium przypadku jest tu sytuacja Łukasza Piszczka. W sezonie 2024/25 pełnił on rolę asystenta Nuriego Şahina w Borussii Dortmund. Gdy Turek stracił posadę, w mediach natychmiast wybuchły spekulacje o możliwym awansie Polaka. Piszczek cieszył się w Dortmundzie potężnym szacunkiem, był ikoną klubu, a jednak do przejęcia pierwszej drużyny nie doszło. Obecnie, po nieudanej przygodzie w I-ligowym wówczas GKS-ie Tychy, Piszczek prowadzi III-ligowy KS Goczałkowice-Zdrój, którego jest wychowankiem. Dłuższa praca choćby w roli asystenta na szczeblu Bundesligi nie była więc póki co pisana naszemu byłemu reprezentantowi.
Kluby z TOP 5 lig europejskich, wymagają udokumentowanego doświadczenia w roli pierwszego trenera oraz konkretnej wizji na funkcjonowanie drużyny. Przypadek Piszczka dobitnie pokazuje szklany sufit. Nawet potężna renoma zawodnicza zdobyta w Bundeslidze nie skraca drogi do samodzielnej pracy szkoleniowej na zachodzie.
Paszportowy stereotyp i brak trenerskiego PR-u
W Europie wciąż dominuje przekonanie, że gwarancją jakości jest trener z Hiszpanii, Niemiec, Francji czy Anglii. Wymowną anegdotę w programie Futbol Totalny przytoczył Marek Zub – trener Stali Rzeszów, pracujący niegdyś m.in. na Litwie i Łotwie.
– Dlaczego to tak wygląda? Trudno mi powiedzieć, choć problem jest złożony. To dotyczy naszych układów w piłce europejskiej i światowej. Nie ma to związku z tym, jaki mamy paszport, choć zdarzają się sytuację za granicą. Tak było w moim przypadku. W momencie, w którym rozmawiałem o potencjalnym klubie, w którym miałem pracować, padło pytanie jaki mam paszport. Kiedy powiedziałem, że polski, druga strona nabrała wody w usta i została zbita z tropu. Akurat poszukiwano trenera z paszportem hiszpańskim lub niemieckim – powiedział w programie "Futbol Totalny" trener Zub.
Na inny wymiar zwraca uwagę menedżer Cezary Kucharski. Wskazuje on na słabość polskich szkoleniowców w zakresie umiejętności miękkich oraz wizerunku:
- Polski trener ma wysokie kompetencje, ale brakuje mu umiejętności miękkich i inteligencji emocjonalnej. Często podaję przykład Chorwatów czy Serbów, którzy mają świetną markę za granicą – i piłkarze, i trenerzy. Oni wszyscy siebie nawzajem chwalą, tego brakuje w Polsce. My sami siebie nie budujemy na zewnątrz” – zauważa Kucharski w wypowiedzi dla TVP Sport.
W efekcie trenerzy z Bałkanów pracują w Premier League, Serie A czy Bundeslidze, podczas gdy polscy fachowcy pozostają odcięci od tego rynku.
Także kluby Ekstraklasy chętnie sięgają po fachowców z Półwyspu Bałkańskiego. Relacja ta pozostaje jednak całkowicie jednokierunkowa. Polskiego trenera na ławkach w lidze chorwackiej, serbskiej czy słoweńskiej szukać próżno. Ten brak wzajemności dobitnie świadczy o tym, że polski paszport trenerski nie posiada obecnie wartości eksportowej nawet na rynkach regionalnych.
Podsumowanie
Obecna sytuacja jasno pokazuje, jak trudno polskim trenerom przebić się do europejskiej czołówki. Nawet pojedyncze szanse na Zachodzie, jak ta Eugena Polańskiego w Bundeslidze, rzadko przekształcają się w trwały sukces. Rodzimi szkoleniowcy swoje autorytety budują najczęściej na peryferiach futbolu, od krajów bałtyckich po Indie.
Wyjście z tego cienia wymaga dwóch równoległych zmian. Z jednej strony polskie kluby muszą na stałe zagościć w europejskich pucharach i osiągać w tych rozgrywkach wyniki co najmniej dobre. To na międzynarodowej scenie wyrabia się trenerskie nazwisko i przyciąga uwagę zagranicznych działaczy. Z drugiej, samo środowisko trenerskie potrzebuje ewolucji. Polscy fachowcy muszą postawić na budowanie wizerunku, rozwój kompetencji miękkich oraz wzajemną solidarność na wzór nacji bałkańskich. Dopóki nie zaczniemy spójnie promować marki polskiej myśli szkoleniowej, nasz paszport na zachodnich ławkach trenerskich wciąż będzie traktowany ze sporym dystansem.