Sezon zaczęli dobrze, bo od przekonującego zwycięstwa w Superpucharze Polski z Piastem Gliwice. Teraz po remisie z ŁKS-em w lidze nadszedł czas na europejskie puchary. Nie da się ukryć, że na gdańszczan czekało trudne zadanie. Jednakże sam szkoleniowiec Lechii przekonywał, że jego podopieczni nie czują się jak kopciuszek, który czeka na najmniejszy wymiar kary. Wręcz przeciwnie, to gospodarze mieli narzucać swój rytm gry i tak też dzisiaj było!
Dla Piotra Stokowca dzisiejsze spotkanie z pewnością było wyjątkowe. Trener Lechii Gdańsk trzy lata temu walczył o Ligę Europy, pracując w Zagłębiu Lubin, a teraz ma ambicje, by przejść dalej z Lechią. Jak sam przekonywał na konferencji prasowej przed dzisiejszym meczem – europejskie puchary to nagroda za całe półtora roku ciężkiej pracy.
– Zapracowaliśmy na to, by znaleźć się w tym miejscu, w którym jesteśmy. Nie możemy się doczekać tego meczu. Można powiedzieć, że po półtorarocznej pracy ta potyczka z Broendby będzie weryfikacją na tle solidnej drużyny europejskiej. Sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie – mówił na przedmeczowej konferencji trener zdobywców Pucharu Polski.
Styl gry jak w zeszłym sezonie
Piotr Stokowiec przekonywał, że jego podopieczni nie będą zestresowani i będą starali się grać po swojemu. Niemniej od samego początku widać było, że to Duńczycy będą przejmować inicjatywę. Zresztą nic dziwnego, w końcu wszyscy doskonale pamiętają styl gry gdańszczan w zeszłym sezonie. Wówczas Lechia zazwyczaj oddawała pole gry rywalom, ale za to umiejętnie kontrowała i była do bólu skuteczna.
W pierwszych minutach widać było również to, że jeśli lechiści będą próbowali zaatakować, to z pewnością będą to czynić, przenosząc grę na lewą stronę. Tam bardzo aktywny był Lukas Haraslin. To właśnie Słowak, który wykorzystał błąd w defensywie Brøndby, miał najlepszą okazję do zdobycia bramki w pierwszym kwadransie spotkania. Niestety, ale skrzydłowy gdańszczan nie oddał czystego strzału.
Szybki i agresywny doskok po stracie piłki to domena drużyn Piotra Stokowca. Trzeba przyznać, że jego podopieczni opanowali tę sztukę niemal do perfekcji, ale z drugiej strony warto dodać, że takowy styl gry jest niezwykle wyczerpujący. A lechiści od samego początku biegali aż miło!
I to zaprocentowało, bo w 25. minucie spotkania po faulu na Filipie Mladenoviciu sędzia odgwizdał rzut karny. Flavio Paixao nie mógł zrobić nic innego, jak po prostu zdobyć pierwszą bramkę. I tak też się stało. Kilka chwil później Haraslin ponownie postraszył gości w ich polu karnym…











