Temat stworzenia Superligi regularnie pojawia się w ostatnich kilku latach. Najbogatsze europejskie kluby usilnie dążą do tego, by stworzyć zamknięte i elitarne rozgrywki. I prędzej czy później to się stanie. Dla nas i dla wielu biedniejszych krajów jawi się to jako najgorsze z możliwych rozwiązanie, bo na zawsze zostaniemy odstawieni na boczny tor. Z drugiej strony warto zastanowić się, czy rywalizacja dwóch piłkarskich światów ma jakikolwiek sens.
Wielkim obrońcą mniejszych i średnich klubów na arenie międzynarodowej jest prężnie działający w ECA (Europejskie Stowarzyszenie Klubów) Dariusz Mioduski. Biznesmen walczy o to, by pomiędzy obiema zainteresowanymi stronami doszło do kompromisu. Równiejszy podział zysków, docenienie roli słabszych itd. Ale skoro nawet on wypowiada się, że odłączenie się najbogatszych byłoby w dalszej perspektywie korzystnym rozwiązaniem, to coś w tym musi być.
Współwłaściciel Legii przekonuje się na własnej skórze, jak wiele dzieli jego klub od Borussii Dortmund czy Sportingu. Kiedy w spotkaniu z Niemcami Legia przez 90 minut właściwie ani na moment nie zaistniała, można było zastanawiać się, czy takie mecze mają jakikolwiek sens albo czy kiedykolwiek mistrz Polski będzie w stanie konkurować z czołową europejską drużyną. Ostatnie pięć lat pokazuje, że nie ma na to szans.
Czasem się zastanawiam, czy nie byłoby lepiej, gdyby oni się faktycznie odłączyli. Dopóki próbuje się pogodzić te dwa światy, jest tylko problem. Dariusz Mioduski w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”
Liga dwóch prędkości
Kilka tygodni temu broniliśmy reformy Platiniego w kontekście tego, że obniżyła ona poziom elitarnych rozgrywek. To teza nieprawdziwa, wykreowana przez najmożniejszych w futbolu. Liczba drużyn z krajów poniżej 13. miejsca w rankingu UEFA w XXI wieku zawsze była na podobnym poziomie 4–5 drużyn w fazie grupowej. Na przestrzeni lat nie zmieniała się ich średnia zdobytych punktów (około 15–20% możliwych do zdobycia oczek), ale i to, że do 1/8 finału LM wchodziły od przypadku do przypadku. W żadnym z krajów piłkarsko ubogich nie udało się stworzyć drużyny na tyle silnej, by mogła regularnie walczyć z największymi. W ostatnich pięciu latach powiększyła się jednak dysproporcja pomiędzy bogatymi a biednymi, czego dowodem są wyniki ich bezpośrednich spotkań. W obecnym sezonie można przywołać niechlubne 6:0 w meczu Borussii z Legią, w poprzednim 8:0 Realu Madryt z Malmo czy Bayernu 5:0 z Dinamem Zagrzeb.
„Ale 10 lat temu też przegrywali” – powiedzą – i rzeczywiście to prawda. Jednak rozmiary tych zwycięstw nie były tak hokejowe, a i zdarzały się sytuacje, w których mistrz Białorusi odbierał punkty Bayernowi. W obecnej sytuacji to niemożliwe. Zmieniające się rozmiary porażek to detal, ale tylko pozornie. Pokazuje to, w jakim kierunku zmierza europejski futbol. Za pięć lat normalne staną się wyniki 10:0, a za dekadę – 15:0. Jaki jest sens rozgrywania takich spotkań? Czy mniejsi uczą się czegokolwiek w takich meczach, dotykając piłkę przez pięć minut? A dla większych to 90-minutowa jednostka treningowa 1000 km od domu. Absurd.










