Miniony sezon miał być sezonem przejściowym, czyli takim, w którym przyoszczędzi się grosza, przy okazji małymi kroczkami zbuduje drużynę mającą powalczyć o większy sukces w perspektywie następnych 2-3 lat. Ale jest wielkie fiasko, nie udało się nawet pozostać w szarej przeciętności, nie widzimy ani przejścia, ani przeniknięcia niezauważonym, tylko zejście z hukiem w kierunku dna. W ostatnich dwóch latach nie ma w ekstraklasie klubu, który zanotowałby większy regres niż białostocka Jagiellonia. To już czas, aby zakasać rękawy i bez zbędnych deklaracji czy planów zawrócić z powrotem w stronę ligowego topu, bo może to być jedna z ostatnich szans. Chętnych do zajęcia czołowych miejsc bowiem nie brakuje, a inni zaczęli się znacznie szybciej rozwijać sportowo, skautingowo, jak i organizacyjnie. Strategia jest prosta, nie ma dawnych wyników, to niech przyjdzie dawność.
Pożar w „Jadze” wciąż się nie kończy, a do jego gaszenia wezwano strażaka, który przypadkiem go wzniecił – Ireneusza Mamrota. I to tego strażaka, który dobrej passy w ratowaniu nie ma, gdyż po drodze płomienie w Gdyni i Łodzi jeszcze bardziej rozpalił. Jednak jest wiara w powrót tego, co było w pierwszej części jego pracy w klubie ze wschodu. Wtedy przejął on poukładany zespół po Michale Probierzu, a jak sam sobie poradzi w roli architekta?
Przygotowania
Piłkarze zakończyli przerwę 17 czerwca. Z problemami zdrowotnymi borykają się stoperzy Bogdan Tiru i Ivan Runje oraz prawy obrońca Paweł Olszewski, którzy od początku nie brali udziału w treningach.
Optymizmu po grze Jagielloni jednak nie widać. Podczas niespełna dwutygodniowego zgrupowania w Kępie rozegrano trzy sparingi, a styl i wyniki nie są dobrym zwiastunem. Jagiellonia zanotowała porażki 0:2 z Legią Warszawa oraz 1:4 z Radomiakiem Radom, a także w bólach wymęczony w ostatnich minutach remis z drugoligowymi Wigrami Suwałki.












