Lech – Klaksvik. Zwycięstwo mimo bezradności niegodnej mistrza Polski


Lech Poznań nie miał żadnego pomysłu na przełamanie zamkniętego w defensywie Klaksvik. „Kolejorza” uratował Yannick Agnero

6 sierpnia 2026 Lech – Klaksvik. Zwycięstwo mimo bezradności niegodnej mistrza Polski
Weronika Pospiech

Lech Poznań miał swoje momenty w pierwszej połowie. Były dobre fragmenty, ale znów był też świetny bramkarz. Sił, by chwile, w których „Kolejorz” wyglądał na zespół silny w ofensywie wystarczyło na pięć, może dziesięć minut meczu. Później pojawiło się rozkojarzenie, niezwykle głupie decyzje, niedbałość i karygodny brak pomysłu. A po drugiej stronie nie było klubu wybitnego, ba nie było nawet średniaka - Lech grał z KI Klaksvik, mistrzem Wysp Owczych. Z czasem każda minuta bez strzelonej bramki zamieniała się w strach, a gra zdefiniowana lękiem nigdy nie kończy się dobrze. Zresztą Lech Poznań nie tak dawno przecież o tym się przekonał. Na względny spokój trzeba było czekać niemal cały mecz. A nie oszukujmy się, nawet skromne zwycięstwo Lecha nie uspokoi kibiców. Jest dużo powodów do niepokoju w szeregach mistrza Polski.


Udostępnij na Udostępnij na

Problemy kadrowe i kara od UEFA. Lech Poznań w kompletnie nowej sytuacji

Lech Poznań przystąpił do spotkania w okrojonym składzie. Poza kadrą znaleźli się Joao Moutinho, który musi zmagać się z drobnym urazem, problemy zdrowotne wciąż nie pozwalają na występ Leo Bengtssonowi i Filipowi Jagielle, który doznał urazu podczas sobotniego meczu z Wieczystą Kraków. Gisli Thordarson z kolei dopina szczegóły wypożyczenia do St. Pauli. Dzięki temu na ławce rezerwowych zrobiło się miejsce dla Karola Delikata, jedynego dostępnego do zmiany środkowego pomocnika.

Był to mecz niecodziennych widoków. UEFA zarządziła zamknięcie „Kotła” przez uruchomienie pirotechniki podczas spotkania z AGF Aarhus. Na ławce trenerskiej pojawił się Andreas Hagen. Niels Frederiksen został ukarany za opóźnianie traumatycznego dla Lechitów meczu z Aarhus. „Kolejorz” został także zobligowany do zapłaty 65 tysięcy euro kary.

Klaksvik się zamurowało, Lech Poznań momentami walił głową w mur

Początek spotkania potwierdził przewidywane wizje meczu. Klaksvik się mocno cofnęło i napierało dopiero po stratach Lecha. Opierali swoją grę na intensywnym pressingu. Lech Poznań w pierwszych minutach próbował ataków środkiem pola i podań przeszywających. Najgroźniej wyglądały ataki skrzydłami, gdzie Allahyar Sayyadmanesh i Patrik Walemark mieli sporo przestrzeni. KI Klaksvik ochoczo wzmacniało swój ofensywny szyk przy stałych fragmentach gry. W dziewiątej minucie z dogodnej pozycji rzut wolny wykonywał Patrik Walemark. Oddał mocny strzał, piłka powędrowała minimalnie ponad bramką. To była najgroźniejsza sytuacja „Kolejorza” w pierwszym kwadransie gry.

KI Klaksvik przejmował piłki głównie w środkowej strefie. Nie czuł się jednak swobodnie w rozgrywaniu. Niemniej, w pierwszych minutach po stratach piłkarzy Lecha parokrotnie był bliski strzelenia bramki. W jedenastej minucie egzekwowali rzut rożny, dwie minuty później szczęścia z dystansu próbował Joannes Danielsen. Podobnie jak Walemark, źle wymierzył siły na zamiary. Piłka poszybowała ponad bramką.

Dobry moment Lecha, później coraz większa bezradność

Od piętnastej minuty Lech Poznań przypuścił zdecydowanie groźniejszą szarżę. W 16 minucie z dobrej pozycji strzelał Allahyar Sayyadmanesh, chwilę później z dystansu próbował Patrik Walemark. I tu, i tu świetnie reagował bramkarz gości, Mark Jensen. W 22 minucie z prawej strony pola karnego wyłonił się Antoni Kozubal. Oddał strzał, ale po raz kolejny golkiper Klaksvik był na posterunku. Defensywa przyjezdnych nie okazała się formacją „nie do przejścia”, bo przecież Lech dochodził do wielu dogodnych sytuacji, ale najzwyczajniej w świecie Mark Jensen świetnie prezentował się w bramce Farerów.

Przez większość czasu Lech Poznań nie był jednak wystarczająco groźny. Na boisku nie było zespołu, który jeszcze nie tak dawno miał ambicje sięgające Ligi Mistrzów. Sporo niedokładności, desperackich pomysłów, niedokładnych i nieprzemyślanych wrzutek egzekwowanych w zgubnej nadziei, że a nóż piłka znajdzie Ishaka w polu karnym – swoją drogą, niewidocznego w pierwszej połowie.

Zdecydowanie, jedną ze słabszych stron Lecha w pierwszej części był środek pola. Po raz kolejny, kiepsko grał Radosław Murawski. Popełniał błędy w rozegraniu, tracił piłki, ukoronowaniem bardzo złej dyspozycji doświadczonej szóstki był spóźniony atak, w wyniku którego ucierpiał jeden z zawodników Klaksvik, a Murawski ujrzał żółtą kartkę. Po pierwszej części spotkania zamienił go Luis Palma. Honduranin rozpoczął grę na skrzydle, na dziesiątce pojawił się Sayyadmanesh, a niżej zszedł Pablo Rodriguez.

Druga połowa rozpoczęła się rzutem rożnym i groźną sytuacją gości. Skończyło się na strachu. Lech jeszcze przed pięćdziesiątą minutą doprowadził do stuprocentowej okazji. Jeden na jeden z Jensenem wyszedł Pablo Rodriguez, ale minimalnie chybił. Miał jednak doskonałe warunki i przestrzeń, by otworzyć wynik meczu i uspokoić obraz gry.

Braki w cierpliwości

Znów, Lech Poznań dominował, ale nie był cierpliwy. Podanie, które miało być ostatnim w każdej akcji nie docierało do adresata. KI Klaksvik przejmowało piłkę, próbowało wyprowadzić akcję, ale za każdym razem oddawali futbolówkę „Kolejorzowi”. Tylko po to, by znany schemat znów się powtórzył. Bezbramkowy remis dla Farerów nie brzmiał tak źle. W 57 minucie znów sporo miejsca miał Pablo Rodriguez. Był bliższy środka bramki, znów miał miejsce i po raz kolejny chybił. Dwie minuty później Lech Poznań miał okazję z rzutu wolnego w bardzo bliskiej odległości od bramki. Mimo to, stały fragment gry rozegrano na krótko, piłka trafiła do Mikaela Ishaka, który oddał od samego początku skazaną na niepowodzenie próbę z bardzo egzotycznej pozycji.

W 64. minucie dobrze dośrodkował Joel Pereira, d0bry strzał głową oddał Yannick Agnero. Nie udało się jednak strzelić pierwszego gola, jednak „coś” się wydarzyło. Nie oszukujmy się, „coś” to zdecydowanie za mało jak na mecz z mistrzem Wysp Owczych. Po godzinie meczu sprawa powinna być załatwiona. Lech był jednak zbyt zagubiony, żeby bramkę strzelić. Klaksvik również dochodziło do sytuacji zdecydowanie częściej niż powinno. Fakt, że po stratach Lecha nie było w stanie skonstruować stuprocentowej sytuacji to wyłącznie zasługą Joela Pereiry i Wojciecha Mońki, którzy dobrze zachowywali się w defensywie. Byli czujni, często dochodzili do drugich piłek uniemożliwiając rywalom wyprowadzanie kontr.

Ale słaby był Mikael Ishak. Pablo Rodriguez znów za bardzo chciał. Każdy jego kontakt z piłką w polu karnym kończył się zawodem, którym wręcz emanowały trybuny Enea Stadionu. Luis Palma dał nieco więcej życia, ale znów jego występ był daleki od tego na co stać Honduranina. Joel Pereira miał parę niezłych kontaktów w ofensywie, ale to raczej wszystko. Na bezradność Lecha Poznań nie dało się patrzeć.

Yannick Agnero światełkiem w tunelu

W końcu Yannick Agnero wyszedł 1 na 1. Przebiegł spory kawałek boiska i zapakował piłkę do bramki Marka Jensena, który źle się zachował co z pewnością pomogło Iworyjczykowi. Później jednak Klaksvik pokazało, że gdy trzeba to zaatakować też potrafi. Czujność Lecha Poznań została wystawiona na naprawdę poważną próbę. W ostatnich minutach Farerzy z łatwością przedzierali się pod bramkę Mateusza Lisa, który po raz kolejny miał problemy ze złapaniem piłki oburącz, co potęgowało niepokój, który po golu Agnero wcale nie wyparował.

Lech Poznań dowiózł skromne, jednobramkowe zwycięstwo. To nie był jednak udany mecz „Kolejorza”. Zabrakło energii, odpowiedniego warsztatu. Lech nie grał jak mistrz kraju. Dużo dobrego dla drużyny swoim golem zrobił Yannick Agnero. Rewanż za tydzień na Wyspach Owczych.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze