Schalke 04 Gelsenkirchen – w ostatnich latach w Niemczech klub, którego oczekiwania chyba najbardziej rozmywały się z rzeczywistością. Zamiast regularnej walki o mistrzostwo była emocjonująca batalia o to, aby w ogóle załapać się do pucharów. Zamiast sukcesów na arenie europejskiej zdarzały się większe bądź mniejsze rozczarowania, a czasami nawet wstydliwe wpadki. W tym sezonie miało być zupełnie inaczej. Bo nie dość, że zespół przeszedł swoistą rewolucję, to czytając przedsezonowe wypowiedzi osób związanych z klubem, można było odnieść wrażenie, że dawno nie emanowali taką nadzieją.
Historyczny „wyczyn”
Plany i marzenia to jedno, realia to drugie. Nikt chyba w najgorszych snach nie wyobrażał sobie takiego startu sezonu. Ok, w pucharach jest nieźle, bo inaugurujące spotkanie z Niceą zostało rozstrzygnięte na korzyść Niemców, ale w lidze jest po prostu bardzo słabo. Zespół z Veltins-Arena przegrał trzy pierwsze spotkania. Po raz ostatni takiego „wyczynu” dokonał… na początku sezonu 1985/1986!
Zespół z Veltins-Arena przegrał trzy pierwsze spotkania. Po raz ostatni takiego „wyczynu” dokonał… na początku sezonu 1985/1986!
Przegraną z Bayernem można jeszcze jakoś usprawiedliwić, bo zespół Markusa Weinzierla nie dość, że przegrał z bardzo mocnym rywalem, to na jego tle przez większość meczu zaprezentował kawał dobrego futbolu. Porażki z Eintrachtem i Herthą są jednak dużym ciosem dla fanów „Die Koenigsblauen”. Ta pierwsza była zasłużona, bo wicemistrzowie Niemiec z 2007 roku wyglądali na tle frankfurtczyków jak zagubione dzieci we mgle. Ta z Herthą mogła zaboleć chyba nawet bardziej, bo zdarzyła się w momencie, w którym wydawało się, że drużyna łapie wiatr w żagle (po zwycięstwie w Lidze Europy w Nicei „Bild” napisał, że piłkarze w końcu rozumieją taktykę Markusa Weinzierla) i krok po kroku wszystko idzie w oczekiwaną stronę.
Po zwycięstwie w Lidze Europy w Nicei „Bild” napisał, że piłkarze w końcu rozumieją taktykę Markusa Weinzierla.
Brak koncentracji = brak punktów…
Co jest więc przyczyną tak słabej passy? Trudno postawić jednoznaczną diagnozę, ale wydaje się, że jednym z głównych powodów jest to, że niemal w każdym meczu zawodnicy Schalke mają momenty, kiedy na boisku lekko się „wyłączają”, a rywal potrafi z tego skrzętnie skorzystać. Kiedy natomiast wykorzysta błąd i strzeli bramkę, automatycznie podcina ona skrzydła zawodnikom z Gelsenkirchen i jest im bardzo trudno wrócić do gry.
Weźmy pod lupę chociażby wspomniane wcześniej spotkanie z Bayernem, gdzie oczywiście rywale stwarzali od czasu do czasu groźne sytuacje (m.in. w drugiej połowie fatalne pudło zaliczył Robert Lewandowski), ale dopiero bramka właśnie Lewandowskiego w samej końcówce spowodowała, że monachijczycy powalili na deski Schalke, które przecież było równorzędnym przeciwnikiem i nie byłoby żadną niesprawiedliwością boiskową, gdyby ten mecz wygrało. Sam gol był natomiast w 80-90% wypracowany przez Javiego Martineza. Jego podanie (nomen omen kapitalne) przeszło jednak za łatwo przez zasieki piątej drużyny zeszłego sezonu. Podobny scenariusz miało niedzielne spotkanie w Berlinie, które uczestnicy Ligi Europy przegrali 0:2. Kluczowy moment? Fatalny błąd Stambouliego, z którego skrzętnie skorzystał Mitchell Weiser. Po tym golu goście z Zagłębia Ruhry padli niemal jak bokser, który dostał potężny gong.










