Ruch Chorzów zanotował piątą ligową porażkę w sezonie 2023/2024. Drużyna „Niebieskich” była bardzo zdeterminowana, aby zatrzeć różnicę klas, która dzieli ją od zespołu „Medalików”, ale koniec końców nie udało się przeciwstawić mocy rażenia podopiecznych trenera Dawida Szwargi. Ślązacy, którzy tym spotkaniem ugruntowali sobie ostatnią pozycję w tabeli, muszą szukać nowych rozwiązań, ale nie powinni przesadnie panikować, bo mają stosowne argumenty na poprawę sytuacji.
Ekipa Jarosława Skrobacza nie mogła sobie wymarzyć lepszego początku pojedynku z Rakowem Częstochowa. Gospodarze od pierwszego gwizdka byli w stanie podyktować rywalom własne warunki i po kolejnym z odbiorów piłki na ich połowie dogodną szansę na otwarcie wyniku wykorzystał młody Tomasz Wójtowicz. Kolejne minuty zdecydowanie należały jednak do juniora przeciwników. Dawid Drachal potrzebował tylko nieco ponad dwudziestu minut na skompletowanie hat-tricka.
Kabaretowa defensywa
Chorzowianie najpierw wzięli przykład z częstochowian i popełnili kosztowny błąd, który przydarzył im się bez konsekwencji wcześniej. Obrońcy pozostawili ogromną przestrzeń za swoimi plecami, gdzie wybiegał po zagraniu na obieg Łukasz Zwoliński. Napastnik nie zdołał pokonać oko w oko Michała Buchalika, ale zrobił to precyzyjnym uderzeniem przy słupku wspomniany Drachal. 18-letni pomocnik z dubletu cieszył się chwilę później, kiedy po głębokim dośrodkowaniu Srdjana Plavsicia katastrofalnie machnął się w powietrzu golkiper beniaminka, a strzelcowi wystarczyło dostawić nogę i skierować futbolówkę do opuszczonej bramki.
Szczyt beznadziei w tyłach Ruchu miał natomiast miejsce przy trzecim trafieniu prawego wahadłowego, kiedy w pozornie opanowanej sytuacji z wielką nieudolnością próbowano wybijać piłkę. Najpierw Paweł Baranowski nastrzelił w twarz swojego partnera z bloku, Macieja Sadloka, a potem sam kapitan czternastokrotnych mistrzów Polski kopnął futbolówkę w bark bohatera tego meczu, który bez wahania wykończył akcję wolejem, popisując się znakomitą nieustępliwością, ośmieszając team „Niebieskich”. W poprzednich czterech kolejkach stracili oni jedynie trzy gole, więc tak dramatyczna postawa mogła lekko zaskakiwać.
Do poziomu kolegów z formacji dostosował się tego popołudnia Przemysław Szur, który co rusz przegrywał starcia i te biegowe, i te fizyczne, a na dodatek może mówić o sporym szczęściu, gdy przy pociągnięciu Johna Yebaoaha za koszulkę we własnym polu karnym zakończyło się odgwizdaniem pozycji spalonej. Po raz kolejny zarówno Wójtowicz, jak i Kacper Michalski udowodnili, że więcej pożytku jest z nich w ofensywie niż przy bronieniu swojej „szesnastki” na skrzydłach. Tej niedzieli tylko parę razy byli w stanie przeciwstawić się Drachalowi i Plavsiciowi.











