Przestańmy się czarować – w tym sezonie nikt, absolutnie nikt nie zasługuje na tytuł Mistrza Polski. Na wiosnę wszyscy kandydaci do tego miana dokonują masowych autokompromitacji. Porażki z Ruchem Chorzów, Stalą Mielec, Zagłębiem Lubin i innymi zespołami, które mówiąc bardzo eufemistycznie, są bardzo dalekie od swoich najlepszych czasów, to przejaw bezradności i głębokich problemów z jakością kadry.
Wydawało się, że wśród wszystkich kandydatów na Mistrzostwo Polski wielką niespodziankę może wywołać Górnik Zabrze. Podopieczni Jana Urbana obudzili się, zwyciężyli cztery spotkania z rzędu, strzelając w nich aż dziewięć bramek. Przebojem wdarli się do czołowej trójki, wykorzystując gorszy czas Legii Warszawa, Rakowa Częstochowa i Śląska Wrocław. Wszystko po to, by przegrać z Cracovią. Tą Cracovią, która walczy o utrzymanie, ma potężne problemy z organizacją gry w defensywie, a większość prób zdobycia bramki opiera się o prosty schemat – laga na Benjamina Kallmana i niech się dzieje wola nieba.
– Było widać większą determinację drużyny, która walczy o utrzymanie. Zabrakło drugiej strony, czyli Górnika, który pokazałby, że jest to dla niego mecz o europejskie puchary. W efekcie zostaliśmy słusznie pokonani. Po meczu nic nie powiedziałem poza podziękowaniami. Moim zdaniem nie były potrzebne wielkie słowa. Będzie na to czas na treningu po spokojnie przespanej nocy – zdiagnozował Jan Urban, trener Górnika Zabrze.
Mariusz Rumak nie wie, dlaczego jego zespół nie tworzy sytuacji
Lech Poznań też nie zachwyca. Remis z Cracovią jest wybaczalny. Kompromitacje w meczach przyjaźni przełknąć trochę łatwiej, a poza tym jednak Lech ten jeden punkcik w tamtym spotkaniu wyciągnął. Ba, nawet awansował na drugą lokatę w tabeli PKO BP Ekstraklasy. Teraz jednak przyszła porażka z Ruchem Chorzów. „Niebiescy” teoretycznie mają jeszcze szanse na utrzymanie, jednak fakty są takie, że misje pozostania w ekstraklasie bardzo utrudnili sobie w rundzie jesiennej. Z takim klubem, nawet na wyjeździe, walcząc o Mistrzostwo Polski, przegrywać nie wolno. Lech znowu był bezbarwny, pozbawiony pomysłu na grę. Dawno nie widziałem składnego, szybkiego, zakończonego bramką kontrataku Lecha Poznań, a za Johna van den Broma nie było z tym problemu. Rok temu o tej porze duet Marchwiński – Ishak był postrachem każdej defensywy. Dziś, ofensywni gracze „Kolejorza” co najwyżej mogą wzbudzać śmiech, bo ich próby wyglądają wręcz oburzająco prymitywnie.











