Stawką finału baraży do Fortuna 1 Ligi jest nie tylko sam awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Gra toczyła się o coś więcej. O panowanie w stolicy Podkarpacia Resovia Rzeszów powalczyła ze swoim odwiecznym rywalem, Stalą Rzeszów. Oba kluby -– choć tak różniące się kwestiami finansowymi – łączył jeden cel. Awans na zaplecze ekstraklasy smakować będzie podwójnie, kiedy zdobędzie się go kosztem największego przeciwnika. I dzisiaj zasmakowali tego piłkarze „Sovii”, którzy po konkursie rzutów karnych pokonali odwiecznego rywala.
Obie ekipy swoje mecze półfinałowe rozegrały na wyjeździe. Gospodarzem finałowego starcia będzie drużyna Resovii, która swój wtorkowy bój zakończyła dopiero w serii rzutów karnych. Zaledwie trzy dni później po wyczerpującym, dwugodzinnym starciu na jej stadion zawita Stal, wcześniej eliminująca GKS Katowice.
Sama obecność Stali w barażach do Fortuna 1 Ligi może być niejako zaskoczeniem. Wszystko dzięki fantastycznej postawie po restarcie oraz trwającej obecnie serii siedmiu meczów bez porażki. Gonitwa za czołówką podopiecznych Marcina Wołowca doprowadziła ich do samego finału, który pozostało jedynie, bądź aż, wygrać.
Jak na derby przystało
Dość ospały pierwszy kwadrans meczu mógł mówić sam za siebie. Waga spotkania nie tyle przerosła piłkarzy obu zespołów, co ciążyła z tyłu głowy. Fakt, iż walka o awans rozgrywa się pomiędzy rywalami zza miedzy, jedynie umacnia ten stan rzeczy. Nic więc dziwnego, że na boisku panowania nie było. Tak jak w całym mieście, bo ostatnie derbowe spotkania w Rzeszowie kończyły się remisami. Żadną tajemnicą jest, że liczy się efekt końcowy. A przecież cel uświęca środki.
Minimalna dominacja gości w pierwszych minutach rywalizacji poniekąd podsumowywała formy obu ekip. Stal z piekła do nieba. Resovia turlająca się ku końcowi sezon. Z problemami, ale jednak, bo z minuty na minutę to gospodarze lepiej odnajdywali się na boisku. Tak w 33. minucie spotkania mogli wyjść na cenne prowadzenie. Wszystko dzięki błędowi Kaczorowskiego, który w ostatniej chwili zdołał powstrzymać gospodarzy przed zdobyciem bramki.
To w pewien sposób odblokowało piłkarzy Resovii. Mając w nogach 120 minut biegania w Bytowie podkręcili tempo gry, dzięki czemu znacznie częściej przebywali pod bramką gości. Efektu końcowego nadal nie było, a to oznaczało, że pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem.
Historyczny mecz bez historii na boisku
Niesieni trybunami gospodarze już od pierwszego gwizdka drugiej połowy kontynuowali to, co zaprezentowali w ostatnich 20 minutach pierwszej części meczu. Stąd też pojawiały się groźniejsze okazje, m.in. ze stałych fragmentów gry, które piłkarze Resovii potrafią wykorzystywać. Nie inaczej było w grze pozycyjnej, która nieco lepiej wyglądała po stronie podopiecznych Szymona Grabowskiego.
Im bliżej 90. minuty, tym trudniej było doszukać się jakości na boisku. Coraz więcej błędów indywidualnych, w dużej mierze spowodowanych zmęczeniem. Wbrew oczekiwaniom to goście wyglądali na bardziej wycieńczonych trudami zarówno tego spotkania, jak i całego sezonu. A to przecież Resovia Rzeszów zaledwie trzy dni temu w rzutach karnych wywalczyła udział w piątkowym finale.











