Reprezentacja Polski po raz kolejny zawiodła. Mało kto spodziewał się meczycha, wielu goli, akcji i świetnej gry. Populacja naiwnych zmniejsza się ze zgrupowania na zgrupowanie. I teraz chyba zbliży się do zera. Niezrozumiałe decyzje personalne, nudy, bezowocna kopanina – to zaprezentowała nam reprezentacja Polski na otwarcie tej edycji Ligi Narodów. Pierwszy mecz kończy się bezbramkowym remisem.
Znośne pięć minut, a potem tragedia
Początek spotkania nie zwiastował aż takiego dramatu jaki później „Orły Urbana” nam zaprezentowały. Nie baliśmy się atakować skrzydłami, choć zagrania w pole karne bywały nieprzemyślane i niedokładne. Widać było jednak chociaż dobre chęci. Z czasem i to kibic reprezentacji Polski stracił z radaru. Każda kolejna minuta była coraz to bardziej nieznośna. Brakowało pomysłu, wyprowadzenia składnych akcji, boiskowej inteligencji, dokładności. Nie było nic, co wskazywałoby na zmianę fatalnego tempa gry. Piłkarze się ślimaczyli, zwlekali z podjęciem decyzji. I było to wybaczalne po dziesięciu, piętnastu, dwudziestu minutach. Ale ten krajobraz nie zmienił się nawet po godzinie oczekiwania na „coś więcej”.
Bośnia i Hercegowina również bezradna. Reprezentacja Polski bez konsekwencji za swój bezzęby futbol
Gdyby Bośnia i Hercegowina była mocniejszą reprezentacją, chciałaby bardziej, szybko by nas skarciła. W defensywie na ogół było spokojnie, bo po stronie gości również brakowało ognia. Na lewej stronie nieswojo czuł się Jakub Kiwior. Szybko otrzymał żółtą kartkę, z czasem Bośniacy zorientowali się, że z tą lewą stroną reprezentacji Polski jest coś nie tak. Zaczęli ją wykorzystywać do swoich ataków, brakowało jednak jakości i pomysłu, by te akcje doprowadzić pod bramkę Marcina Bułki. Parę razy było jednak nerwowo. Względnie przyzwoicie wyglądał Matty Cash, trudno przyczepić się do Kacpra Potulskiego.
Trochę życia dało wejście Nicoli Zalewskiego, ale również, jego rajdy były niechlujne i na pewnym etapie kończyły się desperacką wrzutką czy niedokładnym podaniem. Partnerzy z ofensywy nie kwapili się do szukania optymalnej pozycji w polu karnym. Parę razy do głosu dochodził Sebastian Szymański, ale ofensywny pomocnik z piłką przy nodze nie radził sobie najlepiej – zresztą podobnie jak większość reprezentacji.
Polska grała jak za karę. Potworna kopanina na PGE Narodowym
Końcówka pierwszej połowy przyniosła jakieś uniesienie narodowej kadry, ale brakowało ładu i składu. Był chaos, z którego nic nie wynikało. Pierwsza połowa miała prawo zmęczyć kibiców. Robienie sobie nadziei na nieco większe widowisko w drugiej odsłonie również zderzyło się z brutalną rzeczywistością. W drugiej części Polacy oddali dziesięć strzałów, z czego trzy były celne.
Na przestrzeni całego spotkania nie udało się dobić na 1,00 xG. Było tragicznie. Trochę więcej życia w środek pola tknął Wiktor Nowak, który zameldował się w drugiej połowie spotkania. Wprowadzenie Przemysława Frankowskiego za Jakuba Kiwiora było chyba próbą udowodnienia przez Jana Urbana, że w porzekadle „zawsze może być gorzej” trochę prawdy jest. Karol Świderski, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, statystykami z Ekstraklasy, zdrową logiką zagrał słaby mecz i po wejściu w miejsce Michała Skórasia nic na plus nie zmienił.











