Wydarzeniem 8. kolejki Primera Division było nie tyle zwycięstwo Realu, stało się to już bowiem niemal normą. Niezwykły był rozmiar wygranej. „Los Blancos” po raz kolejny zmiażdżyli swoich rywali. Tym razem ich ofiarą padli gracze Racingu Santander, którzy wyjeżdżali z Santiago Bernabeu z bagażem sześciu bramek.
Real galaktyczny
Real w trzech ostatnich meczach ligowych zaaplikował rywalom szesnaście bramek. Nikogo nie trzeba więc przekonywać, że „Los Merengues” wypracowali wręcz niesamowitą formę. Podobnie kwestia wygląda z Cristiano Ronaldo. O ile początek sezonu był popisem nieudolności Portugalczyka, to teraz prezentuje on skuteczność, o której nie śnił nawet w ostatnim sezonie w barwach Manchesteru. Osiem goli w trzech spotkaniach to dorobek, który musi powalać na kolana. Jeśli do tego doliczymy kilka asyst (kolejne seryjnie dorzucał Mesut Oezil), otrzymamy obraz Portugalczyka w szczytowej formie. Mimo iż to zaledwie trzy efektowne mecze, w pewnym sensie można już porzucić obawy, które towarzyszyły przyjściu na Santiago Bernabeu Jose Mourinho. Wielu obawiało się, że „The Special One” zrobi z Realu drużynę niezwykle konsekwentną w defensywie, aczkolwiek kosztem finezji w ataku. Nic z tych rzeczy. Mimo niezbyt oszałamiającego początku, wydaje się, że „Los Galacticos” wreszcie weszli na właściwe tory. A ich gra wreszcie może zadowalać najbardziej wymagających kibiców Realu. Na przykład Florentino Pereza.
„Barca” jak Hiszpania

Nastroje dalekie od euforycznych, ale również nie najgorsze panują na Camp Nou. „Barca” w ostatnim czasie gra jak reprezentacja Hiszpanii na mistrzostwach świata. Nie porywa stylem, nie strzela wielu bramek, ale jednak odnosi zwycięstwa. W pewien sposób można to usprawiedliwić brakiem Xaviego, który albo gra jakby na zaciągniętym hamulcu ręcznym (powodem zadawniona kontuzja, mimo której wygrał on swojemu klubowi mecz z Valencią), albo nie wybiega na boisko w ogóle (jak w meczach z Kopenhagą i Saragossą). Kiedy zabrakło „Blaugranie” piłkarza mózgu, los klubu na swe barki wziął Leo Messi, którego cztery gole zapewniły Katalończykom zwycięstwa zarówno na arenie międzynarodowej, jak i własnym, hiszpańskim podwórku. Argentyńczyk nie prezentuje jeszcze swojej szczytowej dyspozycji, ale jego skuteczność już przesądza o losie drużyny. Bardzo możliwe, iż „La Pulga”, tak jak jeszcze niedawno Ronaldo, dopiero się rozkręca.
Mallorca koszmarem potentatów
W ósmej kolejce porażki doznała Valencia, która jeszcze do niedawna zasiadała w fotelu lidera. Porażka z Barceloną na pewno podopiecznym Unaia Emery’ego wstydu nie przynosi, ale porażka z Mallorką już jak najbardziej. Co prawda zespół ten jak żaden inny potrafi napsuć krwi faworytom (0:0 na Iberostar z Realem i 1:1 z „Barcą” na Camp Nou), ale chcąc utrzymać się na podium, „Los Ches” musieli ten mecz wygrać. Stało się jednak inaczej, przyjezdni już po dwóch kwadransach prowadzili 2:0. Pierwszy gol to istne kuriozum – w szóstej minucie sędzia podyktował dla Mallorki rzut karny za to, że Pierre Webo mało nie kopnął się w czoło, próbując oddać strzał. Wykonawca „jedenastki”, Chori Castro, uderzył lekko, płasko niemal w środek bramki, ale piłka i tak wtoczyła się do siatki. Druga bramka również była dosyć niespotykana, mocny strzał z dystansu został wybity przez Miguela Moyę, jednak dobitka głową Castro była nie do obrony (niezwykle precyzyjny strzał głową tuż przy słupku oddany z bardzo trudnej pozycji). Gol Soldado to wszystko, na co stać było Valencię tego dnia. Efekt? „Los Ches” są już na czwartym miejscu w tabeli, a po piętach depczą jej Espanyol i Sevilla.











