Nigdy w historii trzeciej ligi nie było i chyba nie będzie zespołu, który z meczu na mecz gromadziłby na trybunach tak liczną publiczność. Po raz kolejny w „Sercu Łodzi” pojawiło się ponad 17 tysięcy kibiców. Widzew to potężna marka na polskim rynku piłkarskim, która prędzej niż później powróci do elity.
W 25. kolejce III ligi grupy I Widzew Łódź podejmował na własnym stadionie Kaczkan Huragan Morąg. Jak dziwnie nie brzmi nazwa gości, to są oni drużyną, z którą widzewiakom gra się trudno. W pierwszym spotkaniu ekipy podzieliły się punktami (1:1). Przed tą kolejką zajmowali szóstą lokatę w tabeli, ale do liderującego klubu z Łodzi tracili aż 16 punktów.
Bez kompleksów
Goście z Morąga rozpoczęli spotkanie bez kompleksów. Chcieli pokazać, że nie przyjechali do Łodzi tylko po to, aby się bronić. Już w pierwszych minutach stworzyli groźną sytuację, która zakończyła się rzutem rożnym.
Chwilę później goście po raz kolejny wrzucili futbolówkę w pole karne. Co prawda wybił ją Marcin Kozłowski, ale ta trafiła na przedpole do Łysiaka, który strzałem z powietrza bez zastanowienia pokonał bramkarza Widzewa. Gol dla Huraganu. Szok i niedowierzanie na trybunach. Po chwili ciszy kibice gospodarzy zaczęli głośno dopingować ukochany zespół. Reakcja trybun godna podziwu.
Reakcja samych zawodników również. „Czerwono-biało-czerwoni” ruszyli do ataków. Największe zagrożenie stwarzali sobie, grając swoją lewą stroną, gdzie z minuty na minuty coraz lepiej wyglądał Marcin Pieńkowski.
To właśnie piłkarz z numerem 17 na koszulce przeprowadził akcję, po której gospodarze doprowadzili do wyrównania. Marcin Pieńkowski oszukał kilku zawodników Huraganu, mocno wstrzelił futbolówkę w pole karne, a obrońca skierował ją do własnej bramki.
W 28. minucie ponownie na lewej stronie błysnął Marcin Pieńkowski. Widać było, że miał on dziś dużą ochotę do gry. W okolicach 36. minuty jednak zgasł. Jak to się mówi w żargonie piłkarskim, oddychał rękawami. Wyglądał, jakby miał już w nogach co najmniej 90 minut. Ledwo wracał do obrony (człapał po boisku). Czyżby te kilka akcji było aż tak bardzo wyczerpujące?
Na szczęście problemy z kondycją młodego widzewiaka nie trwały długo. W 45. minucie Marcin Pieńkowski przeprowadził kolejny rajd lewą stroną. Podrzucił piłkę nad wykonującym wślizg rywalem, dograł do stojącego na piątym metrze kolegi, ale ten nie dał łodzianom prowadzenia. Zatem do przerwy był remis.
Marcin Pieńkowski – MVP?
Po przerwie Widzew miał taki sam plan na ten mecz jak w jego pierwszej połowie. Cały czas atakowali lewą stroną. Około 53. minuty kibice Widzewa domagali się zmiany od swojego trenera. Chcieli, aby na boisko wpuścił Michała Millera. Ten jednak wszedł dopiero w 73. minucie. Zmienił przeciętnie grającego w tym spotkaniu Mateusza Michalskiego. Po wejściu na boisko został przywitany gromkimi oklaskami.











