Piłkarski weekend w Hiszpanii przyniósł nam przełamanie dwóch snajperów – Edena Hazarda i Iago Aspasa. Zarówno Belg, jak i Hiszpan długo nie mogli się w tym sezonie wstrzelić, aż wreszcie dokonali tego w ósmej kolejce. Jeden miał być, a drugi już od lat jest kluczową postacią w swoim zespole. Jednak obaj rozpoczęli fatalnie, za co byli krytykowani, ale dzięki tym trafieniom mogą wrócić na właściwe tory.
Latem za 100 mln euro plus bonusy do Realu Madryt trafił Eden Hazard. Piłkarz o wielkiej klasie, który z miejsca został ochrzczony mianem nowego „galactico”. Sam Belg jednak przyznaje, że zupełnie niepotrzebnie się go tak określa, on jest po prostu sobą – Edenem Hazardem. Z drugiej strony, jeśli ktoś cieszący się takim statusem jak on przychodzi do drużyny „Królewskich” i do tego bierze „magiczny” numer siedem, musi liczyć się z tym, że oczekiwania wobec niego będą gigantyczne.
Co mam na myśli? Przez niemal dekadę fani „Los Blancos” przyzwyczaili się, że rok w rok mają „Pana super piłkarza”, który ciągnie cały zespół i strzela gola za golem. W zeszłym sezonie po raz pierwszy od dawna go zabrakło i regres pod względem zdobywanych bramek był zauważalny nawet z kosmosu. Teraz przyszedł zawodnik, który z miejsca miał wypełnić tę lukę. Tylko że …
Bez formy i z nadwagą
Problem tkwi w tym, że Eden Hazard przybył do Madrytu nieco zapuszczony. I słowo „nieco” jest tu dość delikatnym określeniem. Belg podczas wakacji pozwalał sobie na zdecydowanie zbyt wiele, przez co przybyło mu kilka zbędnych kilogramów. A to jest naprawdę niezrozumiałe. Na każdym kroku wspominasz, że Real to klub, w którym chciałeś grać od dziecka, że Zinedine Zidane to twój piłkarski idol, a ty w momencie, gdy w końcu realizujesz swoje marzenia, na pierwsze zgrupowanie przyjeżdżasz z nadwagą.
Jeszcze nie tak dawno w finale Ligi Europy Eden Hazard błyszczał. Strzelił dwie bramki i zanotował jedną asystę. To właśnie takiego Belga już od pierwszego spotkania spodziewali się kibice z Bernabeu. Natomiast dostali oni jego najgorszą możliwą wersję, jakąś chińską podróbkę.
Eden Hazard na pewno myślał, że szybko uda mu się wrócić do formy sprzed urlopu. Jednak nie jest on typem zawodnika, który uwielbia siedzieć całymi dniami na siłowni, jak chociażby Cristiano Ronaldo. Nowa „siódemka” klubu z Madrytu chciała dzięki pretemporadzie po pierwsze szybko zrzucić zimowy brzuszek, a po drugie położyć fundament pod dobrą formę w nadchodzącym sezonie.
Nie przewidział on jednak tego, że już na starcie kampanii będzie miał problemy z udem. W konsekwencji czego zadebiutował dopiero niecały miesiąc po starcie La Liga oraz nie miał tego tzw. depnięcia, które umożliwiłoby mu wejście do nowego zespołu razem z drzwiami i oknami.
Eden Hazard – bomba z opóźnionym zapłonem
Belg zadebiutował w 4. kolejce, w meczu przeciwko Levante. Zagrał 30 minut. W każdym kolejnym spotkaniu zaczynał w wyjściowym składzie. Praktycznie we wszystkich z nich był bezbarwny, niewidoczny. Gdy próbował coś zdziałać, szybko był powstrzymywany przez obrońców rywali. Pozbawiony był swojego luzu, a jedyne, co rzucało się w oczy widza, to jego – większy niż u profesjonalnego piłkarza – brzuch. Kpiono z niego.











