W Hiszpanii co prawda nie występowało aż tak wielu polskich piłkarzy jak chociażby w Niemczech, ale nie znaczy to, że nie ma czego powspominać. Czy komuś mówi coś hat-trick przeciwko Realowi Madryt?
Nasz przegląd polskich piłkarzy występujących na hiszpańskich boiskach zaczynamy od wizyty… we Francji. To właśnie stamtąd wywodzi się pierwszy zawodnik, dzięki któremu na Półwyspie Iberyjskim usłyszano o takim kraju jak Polska. Mowa oczywiście o Raymondzie Kopaszewskim, który co prawda sam uważa się bardziej właśnie za Francuza niż Polaka, ale jest synem polskich emigrantów. Z tego też powodu warto o nim wspomnieć, bo jest on postacią niezwykle istotną w historii hiszpańskiej piłki i samego Realu Madryt.

W Hiszpanii do Kopaszewskiego szybko przylgnął przydomek „Kopitta”. Urodzony w Noeux-les-Mines Raymond występował w latach 50. w barwach „Królewskich”, do których trafił z francuskiego Stade Reims. Jego pobyt w stolicy Hiszpanii trwał stosunkowo krótko, bo zaledwie trzy lata. Po tym czasie „Kopa” zdecydował, że takie gwiazdy, jak: Di Stefano, Puskas czy Gento, nie potrzebują już pomocy syna polskich emigrantów i postanowił wrócić do Reims. W trakcie wspomnianych trzech lat, kiedy reprezentował barwy „Los Blancos”, „Kopa” był jedną z pierwszoplanowych postaci w drużynie. Miał duży udział w zdobyciu dwóch mistrzostw Hiszpanii i trzech Pucharów Mistrzów. Dla Realu rozegrał ponad 100 spotkań, zdobywając w nich 30 bramek. Fanów madryckiego klubu zachwycał swoją grą na skrzydle i nieszablonowym dryblingiem, choć przed przybyciem do stolicy gra na tej pozycji nie była mu zbyt dobrze znana. Trzy lata w zupełności jednak wystarczyły, aby każdy kibic 32-krotnego mistrza Hiszpanii doskonale wiedział, że dawno, dawno temu białe barwy przywdziewał Raymond Kopaszewski, Francuz polskiego pochodzenia.
Na kolejny polski akcent na hiszpańskich boiskach czekać musieliśmy aż do 1981 roku. Wtedy to do występującego wówczas w Primera Division Herculesa Alicante trafił Jan Tomaszewski, bodaj najwybitniejszy polski bramkarz w historii. Tak się jednak złożyło, że obecnemu posłowi na sejm bliżej już było do zakończenia kariery niż do podbijania europejskich aren. W barwach Herculesa zagrał w zaledwie dwunastu spotkaniach, po czym wrócił do Łodzi, gdzie zakończył swoją piłkarską karierę. Dochodzimy w końcu do Jana Urbana, który zostawił na Półwyspie Iberyjskim najtrwalszy biało-czerwony ślad. To właśnie jemu, jako jednemu z nielicznych, udało się nie zmarnować danej mu szansy i cieszyć się z możliwości gry w jednej z najlepszych lig świata. 57-krotny reprezentant Polski trafił do Hiszpanii w 1989 roku, zasilając szeregi Osasuny Pampeluna. Osasuny, w której barwach przeżył jeden z najpiękniejszych momentów w piłkarskiej karierze. Wszak nie każdemu dane jest upokorzyć wielki Real Madryt. Ta sztuka udała się właśnie Janowi Urbanowi, który 30 grudnia 1990 roku na mitycznym Estadio Santiago Bernabeu w pojedynkę pokonał najbardziej utytułowany hiszpański klub. Obecny trener Legii Warszawa najpierw sam trzykrotnie pokonywał bramkarza Realu, a na sam koniec dołożył jeszcze asystę przy bramce na 4:0, która ustaliła wynik tamtego pojedynku. Co ciekawe, jest to jedyny mecz w karierze Urbana, w którym udało mu się ustrzelić hat-tricka… Przeciwko Realowi Madryt!











