Polskie diamenty. Rynek transferowy wycenia Polaków wyżej niż Chorwatów


To było świetne okno transferowe dla polskich piłkarzy

1 września 2016 Polskie diamenty. Rynek transferowy wycenia Polaków wyżej niż Chorwatów

Transfery Krychowiaka, Milika czy Piotra Zielińskiego uzmysłowiły nam, że wreszcie zostaliśmy docenieni na europejskim rynku. Pierwszy raz od lat za „produkt” ostemplowany marką „Polska” trzeba było całkiem sowicie zapłacić. Bo i gwarant jakości jest spory. Czy wreszcie dogoniliśmy Bałkany i za zdolnego Polaka płaci się tyle samo co za jego rówieśnika z południa Europy? Czy „efekt Euro” rzeczywiście przełożył się w cenach płaconych za reprezentantów Polski?


Udostępnij na Udostępnij na

Od lat porównujemy się z Chorwatami, za których topowe kluby regularnie płacą powyżej 20 mln euro. Wiadomo, kluczem do zrozumienia ich fenomenu jest szkolenie juniorów. Z zazdrością patrzyliśmy, kiedy kolejni bałkańscy zawodnicy za grube miliony przechodzili do Premier League czy La Liga. My musieliśmy przez lata zadowalać się pojedynczymi transferami polskich gwiazd. Kwoty rzędu 5 mln euro za polskiego zawodnika robiły ogromne wrażenie. Zapominaliśmy, że w Europie takie pieniądze większość wydawała na waciki.

Wydaje się, że przełomem stały się mistrzostwa Europy. Jak widać, równie istotne jak akademie i szkolenie juniorów jest zbudowanie sobie pozytywnego PR-u i wykreowanie marki. Kadra Nawałki rozegrała dobry turniej, w europejskich mediach zrobiło się głośniej o polskich zawodnikach i balon wreszcie pękł, ale w pozytywnym znaczeniu.

Pod lupę wzięliśmy TOP 10 najdrożej kupionych Polaków w poszczególnych sezonach. Okazuje się, że w ostatnich czterech latach na naszych rodaków wydano o połowę mniej niż w trakcie właśnie zamkniętego okna transferowego! Szokujące dane. Z czego to może wynikać? Wiele osób mogłoby rzucić argument, że zdolne pokolenie naszych piłkarzy wreszcie dojrzało, a czołowe kluby dopiero teraz są chętne wydawać na nich prawdziwe pieniądze. Ale to nieprawda. Weźmy pod lupę casus Krychowiaka. Dwa lata temu odchodził do Sevilli za 5,5 mln euro. Miał łatkę uzdolnionego, wciąż młodego środkowego pomocnika. W tym oknie transferowym środkowy pomocnik, Piotr Zieliński, odchodzi z Udinese do Napoli za 14 mln euro. Kaliber klubów podobny. Oba przypadki również. Jedynym sensownym wytłumaczeniem może być sukces kadry Nawałki. Zwłaszcza że dla Słowaków i Islandczyków (obie reprezentacja rozegrały dobre Euro) również było to udane okno transferowe.

Czy za Polaków płacą tyle samo co za piłkarzy z Bałkanów?

Serce rośnie, kiedy dowiadujemy się z mediów, że Polak X odchodzi do czołowego klubu z kraju Y za kwotę kilkunastu milionów euro. Taka prawda, że na Bałkanach takich transferów było tyle, że przestało to robić na kimkolwiek wrażenie. 25 mln euro za Markovicia? Pfff, co to takiego. Za dwa lata Żivković poprawi tę kwotę dwukrotnie – mogli mówić serbscy kibice, ale okazuje się, że obecnie najbardziej cenionym narodem wśród tych Europy Środkowo-Wschodniej są … Polacy.

Porównaliśmy 10 najdrożej kupionych zawodników z poszczególnych krajów bałkańskich (Chorwacja, Serbia) i sąsiedzkich (Czechy, Słowacja). Okazuje się, że na Polaków wydano łącznie prawie 112 mln euro, co daje średnią 11,2 mln euro za jednego piłkarza.

W ciągu ostatnich pięciu lat nie zdarzyło się, by w którymś z krajów wziętych pod lupę piłkarze odchodzili za więcej. Najbliżej byli Chorwaci w sezonie 2014/2015 – 107,3 mln euro (m. in. transfery Rakiticia do Barcelony, Lovrena do Liverpoolu) i 2012/2013 – 93,7 mln euro (30 mln euro wydanych przez Real Madryt na Modricia). Wychodzi więc na to, że za naszych zawodników płacą obecnie więcej niż za Chorwatów w sezonach ich chwały.

W zakończonym właśnie oknie transferowym nie mieliśmy sobie równych. Za 10 najdrożej kupionych Chorwatów wydano 75,3 mln euro (najwięcej Marko Pjaca – 23 mln euro do Juventusu). Potem Serbowie – 59,2 mln euro, których „uratował” transfer Nikoli Maksimovicia w ostatnich minutach okna transferowego. Z naszej perspektywy ubogo wyglądają transfery Czechów (19,7 mln euro) i Słowaków (22,4 mln euro), którzy łącznie kosztowali niewiele więcej niż sam Arkadiusz Milik.

Co jeszcze może nas cieszyć?

Przede wszystkim fakt, że polscy piłkarze zmieniali kluby za stosunkowo podobne kwoty. Stąd wysoka mediana TOP 10 transferów, która wynosi 5,5 mln euro. Możemy wyróżnić trzy kategorie kwot, za jakie zmieniali kluby nasi rodacy:

I – europejskie gwiazdy – kwoty powyżej 30 mln euro. W tej kategorii mieszczą się Grzegorz Krychowiak i Arkadiusz Milik. Pierwszy zdobył LE z Sevillą, a drugi jest umieszczany jako jeden z najzdolniejszych napastników świata

II – diamenty – 6-15 mln euro. Talenty jak Piotr Zieliński, Bartosz Kapustka, tzw. inwestycje w przyszłość. No i Kamil Glik, który jako obrońca jest wyceniany niżej od zawodników na innych pozycjach.

III – zdolni ligowcy – 2-5 mln euro. Głównie zawodnicy z polskiej ekstraklasy. Uznawani za utalentowanych, ale niezweryfikowani przez trudniejsze rozgrywki. W tej grupie: Stępiński, Drągowski, Linetty, Borysiuk + Jakub Błaszczykowski, który z powodu wieku kosztował Wolfsburg jedynie 5 mln euro. Ogólnie należy uznać ten przypadek jako odchylenie od normy.

Warto zwrócić uwagę również na średnią wieku naszej TOP-owej 10. Jest zdecydowanie najniższa wśród analizowanych narodów i wynosi zaledwie 21,4 roku. Dodajmy, że przy 22,6 roku Chorwatów i 24,3 Serbów.

Strach się bać, ile będą za naszych reprezentantów płacić, kiedy nabiorą w ciągu kilku sezonów doświadczenia?

Liga wciąż kuleje…

Jeśli gdzieś mamy się doszukiwać negatywów, to będą to transfery polskich zawodników z Lotto Ekstraklasy. Wciąż żywa jest opinia, że nasz liga poziomem odbiega od czeskiej, chorwackiej czy serbskiej, co potwierdzają kwoty za zawodników odchodzących z poszczególnych rozgrywek. Brakuje nam spektakularnych transferów. Dopiero udane Euro sprawiło, że wszystko powoli drgnęło, a ruszaliśmy z samego dna. W poprzednim sezonie jedynie trzech zawodników odeszło za granicę za jakiekolwiek pieniądze (Patryk Tuszyński, Michał Żyro, Kamil Grabara)! Do ekstraklasy z rynku zachodniego trafiło oszałamiające 1,8 mln euro. To cena średniej klasy „talentu” z lig bałkańskich. We wcześniejszych sezonach było niewiele lepiej. Sytuacje ratowały pojedyncze strzały jak Łukasz Teodorczyk w Dynamie Kijów za 4 mln euro czy Robert Lewandowski w Borussii Dortmund.

W  tym oknie transferowym ustąpiliśmy miejsca jedynie Chorwatom, pierwszy raz od lat wyprzedzając Serbów i Czechów. To sukces, bo ci pierwsi wciąż posiadają sporą renomę w europejskich klubach, a z drugich garściami czerpią drużyny z Niemiec. Na pięciu najdroższych zawodników z ligi chorwackiej wydano 37,5 mln euro. To ponad dwa razy więcej niż za piłkarzy odchodzących z ekstraklasy (16,2 mln euro). Boli najbardziej to, że za Bartosza Kapustkę Leicester City dało 6 mln euro, natomiast Juventus wykupił Marko Pjacę za 23 mln euro. Obaj podobnie zaprezentowali się na Euro, grają na podobnych pozycjach i są w podobnym wieku. Różnica bierze się z tego, że Dinamo Zagrzeb od lat uchodzi na najlepiej szkolącą drużynę w Europie Środkowo-Wschodniej, a swoich najbardziej utalentowanych zawodników niemal rokrocznie pokazuje w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Żaden polski klub w takiej sytuacji nigdy nie był.

Trudno za to stwierdzić czy fakt, że wyprzedziliśmy Serbię i Czechy, ma związek z „efektem Euro”. Być może to konsekwencja tego, że tamtejsze rynki zostały przetrzebione kilkukrotnie przez europejskich potentatów, a nasz wciąż pozostaje w stu procentach nieodkryty. W poprzednim sezonie z ligi serbskiej pięciu najdroższych zawodników odeszło za 21,6 mln euro, a ich średnia wieku wynosiła niespełna 19 lat. Z Polski piłkarze odchodzą jednak w późniejszym wieku.

W tym sezonie zwiększył się również prestiż klubów, do których odeszli zawodnicy z polskiej ligi. To już rzadziej drużyny pokroju 1.FC Kaiserslautern czy Energie Cottbus z 2. Bundesligi a częściej Fiorentina, Leicester City, Nantes czy Sampdoria. Mała rzecz, a cieszy. Do Chorwatów brakuje nam sporo. Ich TOP-owa piątka odchodziła kolejno do Juventusu, Wolfsburga, Interu, Napoli i Fiorentiny.

Gonimy, gonimy i powoli przegonimy

Na rynku międzynarodowym nie musimy mieć żadnych kompleksów. Wśród krajów dawnego bloku wschodniego staliśmy się potentatami, walczymy, a może już wygraliśmy z krajami bałkańskimi. W poprzednich sezonach nikt nie wróżył scenariusza, w którym na polskich piłkarzy będzie popyt. Oczywiście zawsze jakiś był, ale ze strony tureckich średniaków. Teraz wielu reprezentantów kraju w tamtą stronę nawet by nie zerkało. To okno transferowe było pierwszym udanym od lat. Trend „mody na Polaków” może zostać podtrzymany tylko pod jednym warunkiem. Nie sukcesy w piłce reprezentacyjne ani Legii w Lidze Mistrzów, kluczem jest dobra gra większości kupionych zawodników. A z tym ostatnio bywało różnie. Na razie jednak cieszmy się, że nasi rodacy byli głównymi bohaterami minionego okna transferowego.

Komentarze
Fabo (gość) - 7 lat temu

Nieźle to wygląda, oby trend się utrzymał i w końcu ten poziom krajowej piłki poszedł do góry.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze