Za nami już 24 pojedynki tegorocznego Pucharu Narodów Afryki. Padło w nich 61 goli, średnio 2,5 gola na jeden mecz. Najwięcej, bo po trzy trafienia, mają Pierre Emerick Aubameyang z Gabonu i Manucho z Angoli. Co ciekawe, zaledwie dwa spotkania w tym turnieju kończyły się remisami. Pierwsze podsumowania PNA czas zacząć – za nami faza grupowa, w której wydarzyło się naprawdę wiele interesujących rzeczy.
Kamerun, RPA, Nigeria czy Egipt – eksperci byli zdania, że bez tych zespołów Puchar Narodów Afryki nie będzie taką imprezą, jaką być powinien. Trudno się nie zgodzić, że są to potęgi „Czarnego Lądu” i ich brak na pewno spowodował lekkie obniżenie poziomu. W związku z tym, że już na starcie tacy potentaci odpadli z walki o puchar, nie można nie rozpocząć podsumowania grupowych starć od sensacyjnego odpadnięcia Senegalu. „Lwy Terangi” uważane były za jednego z faworytów do wygrania całego turnieju. Zderzenie z rzeczywistością było jednak bardzo bolesne – trzy identyczne porażki w stosunku 1:2, fatalna gra i rozczarowanie wobec dyspozycji takich gwiazd jak Demba Ba, Moussa Sow czy Mamadou Niang. Takiego obrotu spraw nie spodziewał się absolutnie nikt. Senegal z zerowym dorobkiem punktowym żegna się z turniejem, o którym będzie chciał jak najszybciej zapomnieć.

Kogo obarczać tą katastrofą? Winni są wszyscy, bo i wszyscy zawiedli. Supersnajperzy mieli chyba zaparowane celowniki, obrońcy wyglądali tak, jakby po raz pierwszy ze sobą grali, i w ogóle jakoś to wszystko było źle poustawiane. Senegal kompletnie nie przypominał drużyny, nie tworzył monolitu, lecz zlepek piłkarzy, którzy byli przekonani, że rywale położą się przed nimi i będą błagać o litość. Po przebrnięciu przez kwalifikacje w fantastycznym wręcz stylu (16 zdobytych punktów na 18 możliwych), nikt nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że ten turniej znowu może okazać klapą. Sami zawodnicy trochę bagatelizują sytuację i wypowiadają się w takim tonie, jakby nic się nie stało. Ot, po prostu zabrakło nam szczęścia. Jeśli zespół z takim potencjałem tłumaczy się w ten sposób, to raczej nie ma co liczyć na jakąkolwiek poprawę. A szkoda, bo kadrowo Senegalczycy biją o głowę większość rywali.
Najbardziej na niemocy Senegalu skorzystał współgospodarz turnieju – Gwinea Równikowa. „Nzalang Nacional” nic nie zrobili sobie z tego, że większość skazywała ich na porażkę i w debiucie na tak poważnej imprezie od razu wyszli z grupy. W fazie grupowej przegrali tylko jeden mecz, dzięki czemu fiesta mogła się rozpocząć. W ćwierćfinale czeka na nich jednak Wybrzeże Kości Słoniowej i niestety wszystko wskazuje na to, że ta piękna przygoda dobiegnie końca. Nie ma się co jednak oszukiwać, ona i tak przez nikogo w Gwinei Równikowej planowana nie była. Oczywiście, może dojść do kolejnej niespodzianki – skoro udało się w grupie, dlaczego ma nie udawać się dalej? Tak samo myślą pewnie Sudańczycy, którzy wystrychnęli na dudka Angolę i z drugiego miejsca potruchtali do grona najlepszej ósemki drużyn „Czarnego Lądu”. To kolejna bardzo miła niespodzianka. Wiecznie skazywane na porażki zespoły wykorzystały tegoroczną szansę w 100% i czerpią z danego im losu pełnymi garściami. W turnieju nie ma potęg, więc można sobie pozwolić na szaleństwa. Ale Gabon to już trochę przesadził… Komplet punktów w grupie z Tunezją, Marokiem i Nigrem to osiągnięcie, któremu trzeba oddać, co mu należne. „Czarne Pantery” niesione dopingiem swoich kibiców nie znają słowa „niemożliwe”. W meczu z Marokiem w 90. minucie stracili bramkę na 2:2, jednak nie poddali się i w ostatnich sekundach zdołali znowu wyjść na prowadzenie. Z Tunezją nie szło, nie szło, aż w końcu poszło. Gabończycy przetrwali trudny początek i ostatecznie wygrali 1:0, zapewniając sobie prawo gry w ćwierćfinale i ewentualnym półfinale w swojej ojczyźnie.












