Piotr Świerczewski dla iGol.pl cz.1


25 czerwca 2013 Piotr Świerczewski dla iGol.pl cz.1

W 1992 zdobył srebrny medal z reprezentacją Polski na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie. Kilka lat później pojechał na mistrzostwa świata do Korei i Japonii. Również odniósł wiele sukcesów na boiskach Ligue1. Były reprezentant Polski z iGolem podzielił się wspomnieniami i odczuciami z tamtego okresu.


Udostępnij na Udostępnij na

Pierwszym poważnym turniejem w Pana karierze były igrzyska olimpijskie w Barcelonie, z których wrócił Pan ze srebrnym medalem. Spodziewał się Pan takiego rozwoju wydarzeń przed wyjazdem do Hiszpanii?

Piotr Świerczewski
Piotr Świerczewski (fot. Rafał Rusek /iGol.pl)

Szczerze mówiąc, nikt z nas nie spodziewał się, że możemy tak wysoko dojść. Co prawda mieliśmy dobrą drużynę, bo większość chłopaków grała w ekstraklasie i miała rozegrane w niej kilka spotkań. Było widać, że spotkała się naprawdę niezła grupa zawodników, natomiast naszym celem było zagrać jak najlepiej – co będzie, to będzie. Okazało się, że doszliśmy aż do finału. Z jednej strony byliśmy z tego powodu szczęśliwi, a z drugiej strony byliśmy trochę niepocieszeni, że tego meczu finałowego nie udało się wygrać.

Po drodze do tego finału dość pewnie wygrywaliście. Między innymi z Włochami, którzy byli faworytami tego turnieju.

Z Włochami wygraliśmy w fazie grupowej, a jeszcze w eliminacjach do igrzysk pokonaliśmy również Anglików. Chcielibyśmy, żeby dzisiejsza kadra pokonała Włochów czy Anglików, tak jak zrobiła to tamta reprezentacja. Niestety na razie są to tylko życzenia. Życzymy jak najlepiej tym chłopakom, którzy grają obecnie, ale tak naprawdę w tym roczniku byliśmy drużyną bardzo mocną w Europie i można powiedzieć, że również na świecie.

W finale przegraliście w ostatnich minutach z Hiszpanią. Czuliście spory niedosyt? Dogrywka była bardzo blisko.

No właśnie, liczyliśmy na dogrywkę. Głupio straciliśmy bramkę, bo zazwyczaj taką się traci po błędach albo niedopatrzeniach w linii obrony, pomocy lub kryciu. My też taką bramkę żeśmy stracili. Niedosyt był duży, bo liczyliśmy jeszcze na dogrywkę i szansę powalczenia o złoty medal. Graliśmy tak naprawdę przeciwko dwunastu zawodnikom, bo kibiców z Polski nie było słychać. Może byli na meczu, ale nie było ich słychać. Natomiast wtedy na stadionie Barcelony było około 100 tysięcy ludzi z samym królem Hiszpanii na czele. Miejscowych kibiców było słychać naprawdę głośno, dlatego grali, jakby było ich dwunastu na boisku.

W 2002 roku reprezentacja Polski z Panem dostała się na mundial do Korei i Japonii, przełamując niemoc, która trwała szesnaście lat. Uważa Pan, że na tamtych mistrzostwach można było o wiele więcej osiągnąć? Oczekiwania były spore.

Oczekiwania były spore i tak naprawdę my, jako zawodnicy, chcieliśmy jak najwięcej osiągnąć. Jak się wówczas okazało, mistrzostwa świata to były dla nas trochę za wysokie progi. Natomiast sam awans do mundialu był wywalczony w naprawdę dobrym stylu. Spotkała się wówczas grupa zawodników, którzy w większości grali za granicą. Nasze miejsce w rankingu FIFA czy UEFA było bardzo wysokie, co pokazywało, że byliśmy mocni. Porównując to z dzisiejszym miejscem w rankingu i grą naszej reprezentacji, można stwierdzić, że wtedy mieliśmy fajną drużynę. Byliśmy losowani z trzeciego koszyka i nie byliśmy faworytami. Teraz również nimi nie jesteśmy, ale obecna gra naszej reprezentacji pozostawia wiele do życzenia. Wtedy też czuliśmy spory niedosyt, bo liczyliśmy przynajmniej na wyjście z grupy. Z tego, co ja widziałem w meczu z Portugalią, który przegraliśmy 0:4, przez część spotkania mieliśmy piłkę po naszej stronie i byliśmy równorzędnym przeciwnikiem. Z Koreą nie udało się wygrać, bo nie tylko pomagały ściany, ale też sędziowie. Amerykanów udało nam się zwyciężyć, ale ten mecz był o pietruszkę.

W szczególności na tamtym turnieju Koreańczycy przełamali swoją niemoc, pokonując reprezentację Polski, bo wcześniej na mistrzostwach świata nie wygrali żadnego meczu.

Pamiętajmy, że ta sama Korea wyszła z grupy. Ja na samym meczu z Koreańczykami twierdziłem, że sędziowie im pomagają, a dziennikarze zarzucali nam, że nie mamy w jaki sposób po tej porażce się tłumaczyć. Ten sam zespół pokonał później Włochów i Hiszpanię, więc nie wyeliminował tylko nas, lecz również dwie światowe potęgi. W tamtych spotkaniach sędziowie ewidentnie pomagali Koreańczykom. Dopiero później odpuścili i Turcja wygrała w meczu o trzecie miejsce.

Jako pierwsi z Europy awansowaliśmy na mundial i  Koreańczycy z tego powodu mocno się nas obawiali.

Szkoda, że drużyna Jerzego Engela w całości nie kontynuowała pracy po mistrzostwach świata. Kolejny trener miał komfortową sytuację, bo był losowany z innego koszyka i miał już drużynę zbudowaną, ale dość często było coś zmieniane, i moim zdaniem systematycznie zaczęto burzyć, co wcześniej zostało zbudowane. Powiem szczerze, że ja nie wiem, kiedy my teraz możemy awansować do kolejnych mistrzostw Europy czy mistrzostw świata. Chyba że zmieni się formuła i powiększy się liczbę zespołów grających w finałach.

Niepowołanie Tomasza Iwana na mundial w Korei i Japonii miało wpływ na to, że ten turniej nie poszedł po Waszej myśli?

Oczywiście mogło tak być. Porównując grę naszej dzisiejszej reprezentacji, myślę, że mamy dobrych zawodników, grających w niezłych drużynach. Tak z pewnością jest i nikt temu nie zaprzecza. Natomiast wydaje mi się, że nie mamy zespołu i chłopaków walczących razem. Tomek Iwan być może często nie grał w swoim klubie i był w słabszej dyspozycji, ale był w grupie, będąc człowiekiem pasującym charakterem i motywacyjnie. Do tej grupy wnosił wiele dobrego, takiej pozytywnej energii. Pokazywaliśmy wszyscy, że możesz grać, możesz nie grać, ale jesteśmy drużyną. Myślę, że rozbijając ten zespół przed samymi mistrzostwami, strzeliliśmy sobie w kolano, bo nie robi się takich rzeczy. W późniejszym czasie systematycznie było to dokonywane. Zarówno Beenhakker, Janas, jak i każdy kolejny trener sam sobie strzelał w kolano i rozbijał coś, co wcześniej było zbudowane.

Za Tomasza Iwana pojechał Paweł Sibik i nie oszukujmy się, ten ruch nie był trafiony.

Paweł Sibik to był niezły zawodnik, który występował w naszej ekstraklasie. Tak naprawdę nie można mu tego odbierać i mówić, że jest to piłkarz przypadkowy, który wzięty był nie wiadomo skąd. Nieźle się prezentował, ale nie występował z nami w eliminacjach do mundialu ani w meczach towarzyskich. Tutaj nagle wyjazd na mistrzostwa świata – dziwnie trochę to wyglądało. Natomiast był to niezły zawodnik. Szkoda, bo nie tylko Tomek Iwan na ten mundial nie pojechał, nie zostali powołani także Kamil Kosowski, Bartosz Karwan. Jeżeli miał ktoś jakieś zastrzeżenia do Iwana, to mógł ewentualnie nie powoływać go wcześniej. Meczów eliminacyjnych było sporo, a Tomek Iwan był częścią tej drużyny. Zresztą nie tylko on, bo również Kamil Kosowski czy Bartosz Karwan. Ci zawodnicy powinni jechać na ten turniej jako część zespołu, który walczył wcześniej w eliminacjach. Myślę, że same zmiany przed mistrzostwami świata motywacyjnie nam nie pomogły.

Rozegrał Pan wiele spotkań w reprezentacji Polski, występując z nią na igrzyskach olimpijskich czy mistrzostwach świata. Pana zdaniem, gdyby nie trener Paweł Janas, to Pana kariera reprezentacja trwałaby dłużej o rok albo dwa?

Uważam, że tak. Szanuję i cenię trenera Janasa, ale czuję niedosyt, że pożegnał się ze mną w reprezentacji, kiedy wydawało mi się, że jestem jeszcze w dobrej formie i jestem jednym z lepszym zawodników w tej drużynie. Nagle Janas zrezygnował ze mnie i również tuż przed mistrzostwami świata zrezygnował z zawodników, wydawało mi się, niezastąpionych:  Tomasza Kłosa, Jerzego Dudka, Tomasza Frankowskiego oraz Tomasza Rząsy, który wystąpił we wszystkich meczach eliminacyjnych. Dla mnie ruchy Janasa były niezrozumiałe. W życiu jest jednak tak, że wszystko się jeszcze może odwrócić, i Janas może teraz chcieć pracować z tymi chłopakami, z których zrezygnował. Jednakże Tomasz Kłos do dzisiaj ma bardzo za złe, że nie pojechał wtedy na mundial. Można powiedzieć, że ja również jestem rozgoryczony. Myślę też, że Jurek Dudek i Tomek Rząsa są zawiedzeni postawą samego Janasa i w kontakcie koleżeńskim nie za dobrze patrzą się na niego.

W młodym wieku wyjechał Pan do Saint-Etienne. Na początku duża była różnica pomiędzy realiami polskimi a zagranicznymi?

Mnie się wydaje, że była bardzo duża różnica. Przede wszystkim polegała ona na przygotowaniu mentalnym i taktycznym. Mam takie wrażenie, że u nas wszyscy zawodnicy są mądrzejsi niż trener – a nie chodzi o to, kto jest mądrzejszy, tylko kto dowodzi drużyną. Piłkarze powinni wykonywać to, co trener im nakaże, a nie wybierać sobie taktykę, jaka im się podoba. Człowiekiem, który odpowiada za przygotowanie techniczne, fizyczne, ale także taktyczne, jest przede wszystkim trener. Zawodnicy, którzy nie wykonują jego poleceń, powinni być odsuwani – tak jest na Zachodzie. Tak naprawdę, kiedy popatrzymy na wielkie drużyny, to jest tam około 25 zawodników i w większości reprezentantów. Po pierwsze – oni tak wykonują swoje zadania. Po drugie – jeśli ich nie wykonują, to w ich miejsce pojawia się momentalnie inny zawodnik. U nas jest takie troszeczkę udawanie. Jesteśmy za słabą ligą. Nie możemy się też okłamywać i musimy powiedzieć, że w Europie, jako nasze drużyny klubowe, niestety, ale się nie liczymy.

Na kilka miesięcy przeniósł się Pan do Japonii do zespołu Gamba Osaka. Jak Pan wspomina okres gry w piłkę w Kraju Kwitnącej Wiśni?

Było to krótkie wypożyczenie. Szczerze mówiąc, liczyłem, że na dłużej zostanę w tej Japonii, bo to jest naprawdę przepiękny kraj, i muszę przyznać, że fajna przygoda mnie spotkała. Mam duży szacunek do Japończyków, do ich dyscypliny życia oraz pracy. Ten kraj jest organizowany perfekcyjnie: miasta, pociągi. Tam na małych wyspach żyje koło 100 milionów ludzi. W Japonii cudownie się żyje, bo tam wszystko jest perfekcyjnie przygotowane. Od strony sportowej życzyłbym, żebyśmy dogonili Japonię, która była czternaście lat temu. Stadiony, zaplecza, boiska treningowe, odnowa biologiczne, przygotowanie wyjazdu na mecz oraz organizacja klubu prezentują największy standard europejskich klubów. W życiu chciałbym jeszcze odwiedzić ten kraj, bo chyba nie byłem w piękniejszym miejscu niż Japonia, a zwiedziłem prawie cały świat.

Nic straconego, jeszcze długie życie przed Panem.

[śmiech] Mam nadzieję, że jeszcze wyjadę.

Kiedy przeniósł się Pan z Bastii do Olympique Marsylia, odczuwał Pan dużą różnicę związaną ze zmianą otoczenia?

Olympique Marsylia to jeden z największych klubów we Francji z rzeszą kibiców. Bastia to malutki klubik, dwa, trzy boiska przy morzu, jeden stadion. Nie było sztucznego boiska, ale na Korsyce nie było potrzeby, żeby ono było. Natomiast jest to fajny klubik, ale jednak Marsylia to potęga. Wielkie centrum treningowe zamknięte za murami, z ochroną, kawiarnią i basenem w środku dla zawodników, siłownią. Siedem boisk (w tym sztuczne jedno albo dwa), wszystkie oświetlone. Wyjście na miasto jako piłkarz Marsylii wiązało się z tym, że jest gwiazdą, jak w Hollywood. Każdy chciał zrobić sobie zdjęcie. Praktycznie wyjście do sklepu wiązało się z tym, że wychodziłem na trzy godziny, z tego kupowałem godzinę, a resztę czasu rozdawałem autografy i rozmawiałem z kibicami. Marsylia to jest zupełnie inny świat od strony sportowej, show-biznesowej oraz od strony przygotowania piłkarzy. Tam zawodnik jest prawdziwą gwiazdą. Zresztą widać, że marsylczycy mają największy stadion z drużyn klubowych. Teraz będzie przebudowany, bardziej nowoczesny. Komplet kibiców jest praktycznie co mecz. Ostatnio tego kompletu nie ma, bo trybuny są zamknięte na potrzeby budowy stadionu. Ale jest to fantastyczny klub. Moim marzeniem zawsze było trafić do takiej drużyny jak Marsylia, kiedy grał Jean-Pier Papin i wielu innych wielkich piłkarzy. Oni wtedy zdobywali puchar, który nazywał się Puchar Mistrzów – dzisiejsze Champions League. Dwa razy grali w finale (raz wygrali na stadionie Bayernu Monachium z Milanem). Moim życiowym marzeniem było trafić do klubu takiego jak Olympique Marsylia. Wtedy była to drużyna jak dzisiaj Bayern Monachium, która wygrała Champions League. Jestem szczęśliwy, że spełniłem swoje sportowe marzenie i trafiłem do takiego klubu jak właśnie Olympique Marsylia.

Był Pan nawet w tym zespole kapitanem.

Kilka razy miałem to szczęście, że mogłem wyprowadzać jako pierwszy drużynę i mobilizować chłopaków do walki oraz być przywódcą nie tylko poza boiskiem, ale także na nim. Kapitanem był Fanck Lebouef, ale z racji tego, że ja byłem jego zastępcą, a on leczył kontuzję, to ja wyprowadzałem zespół jako kapitan. Byłem jako pierwszy wybrany na kapitana, bo Franck przeszedł już przed samą ligą. Bernard Tapie powiedział w rozmowie ze mną: „Piotr, Franck jest mistrzem świata i Europy, jest wielkim piłkarzem, który przyszedł z Chelsea. Głupio by było, żeby nie był kapitanem”. Ja jego słowa potwierdziłem i rzeczywiście byłoby głupio, żeby taki zawodnik nie był kapitanem, i byłem dumny, że jemu przekazuję opaskę. Natomiast pod jego nieobecność to ja wyprowadzałem drużynę jako pierwszy. Tym bardziej moje marzenie się spełniło – nie byłem tylko zawodnikiem, ale wielokrotnie byłem kapitanem tej drużyny.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że podczas pobytu w Olympique Marsylia przyjaźnił się Pan z Danielem van Buytenem. Jakim prywatnie był człowiekiem?

Podczas mojego dwuletniego pobytu w Marsylii mieliśmy taką czteroosobową grupę przyjaciół. W niej znajdowali się Daniel van Buyten, Verdan Runje, Lamine Sakho, Francuz pochodzenia afrykańskiego, i ja. Można powiedzieć, że czterech obcokrajowców. Chodziliśmy w golfa sobie pograć. Piwko nie było zabronione (oczywiście w małych ilościach) Przyjaźniliśmy się w czwórkę. Daniel to jest tytanem pracy. Będąc w Marsylii, jako młody chłopak, bo był kilka lat młodszy ode mnie, ciężko pracował, trenował na siłowni i bardzo dużo poza boiskiem. Widać było, że jego kariera na pewno będzie dobrze kontynuowana. Później grał w Manchesterze City, następnie w Hamburgu, a teraz w Bayernie Monachium. Fajnie, że mu się tak potoczyło. Tak prywatnie to bardzo wesoły chłopak, a przede wszystkim tytan pracy. Myślę, że każdy klub w Europie chciałby go mieć w swojej drużynie.

Druga część wywiadu zostanie opublikowana w piątek.

Śledź autora tekstu na Twitterze@BłażejZięty

Komentarze
~croolick (gość) - 10 lat temu

Kurcze, okropnie się to czyta! Ja rozumiem, ze Świr
w czasie wywiadu mógł mówić nieco chaotycznie,
powtarzać się, nie zachowywać zasad gramatyki- ale
do diaska od tego jest autor wywiadu, żeby tekst
zedytować i ewentualnie dać do autoryzacji!

Odpowiedz
~Karol (gość) - 10 lat temu

"W 1992 zdobył srebrny medal z reprezentacją
Polski na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie.
Kilkanaście lat później pojechał na mistrzostwa
świata do Korei i Japonii.".

Nie wiem ile autor tekstu ma lat i być może z racji
młodego wieku nie może pewnych wydarzeń pamiętać
ale zapewniam, że MŚ Korea Japonia odbyły się w
2002 roku.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze