Już dawno Liga Europy nie serwowała nam takich meczów jak dzisiaj. Po wspaniałym popisie Borussii Dortmund w spotkaniu z Tottenhamem przyszedł czas na angielski szlagier, czyli rywalizację dwóch najbardziej utytułowanych drużyn w Premier League, Liverpoolu i Manchesteru United. Tym razem emocji było co niemiara, lecz od początku do końca mecz kontrolowali „The Reds”. Podopieczni Kloppa zwyciężyli 2:0 i zrobili spory krok w stronę awansu do ćwierćfinału Ligi Europy.
Obie drużyny wyszły dziś na Anfield w możliwie najsilniejszych zestawieniach. W ekipie Louisa van Gaala co prawda wciąż brakuje między innymi kontuzjowanego Wayne’a Rooneya, lecz i bez niego ofensywa „Czerwonych Diabłów” na czele z Matą, Rashfordem, Deepayem i Martialem wydawała się wyglądać bardzo imponująco. Jak się jednak okazało, to atakujący ich odwiecznych rywali z Liverpoolu pokazali w tym meczu znacznie więcej jakości.
Początek spotkania był ostry i wyrównany. Piłkarze „The Reds” stosowali wysoki pressing, górowali w indywidualnych pojedynkach i szybko zyskali niewielką przewagę. Nic nie zwiastowało jednak tego, co zdarzyło się w 19. minucie meczu, gdy wbiegający za piłką w pole karne United Nathaniel Clyne był lekko pociągany za rękę przez Memphisa Deepaya, a arbiter zdecydował się podyktować „jedenastkę”. A tę – nie bez problemów – wykorzystał Daniel Sturridge i strzałem, który otarł się o ręce Davida de Gei, wyprowadził „The Reds” na jednobramkowe prowadzenie.

W dalszej części pierwszej połowy wciąż zdecydowanie przeważali podopieczni Kloppa, lecz hiszpański golkiper United miał już znacznie więcej szczęścia. Chwilę po wyjęciu piłki z siatki obronił strzał z najbliższej odległości oddany przez Coutinho, parę minut później stanął na drodze mocnego uderzenia Daniela Sturridge’a, a pod koniec pierwszej części gry popisał się świetnym refleksem po strzale Adama Lallany. Po 45 minutach meczu na Anfield wynik 0:1 był dla Manchesteru możliwie najmniejszym wymiarem kary, a gra „Czerwonych Diabłów” nie zwiastowała nic dobrego przed drugą częścią spotkania.
Jednak już pierwsze minuty po po przerwie przyniosły niewielką zmianę w przebiegu rywalizacji. Przebywający przy piłce w pierwszej połowie meczu jedynie 30% czasu gry zawodnicy Manchesteru zaczęli sobie radzić znacznie śmielej, a ich akcje zdecydowanie nabrały płynności. Parę okazji do interwencji miał nawet golkiper „The Reds”, Simon Mignolet, lecz z biegiem czasu to podopieczni Juergena Kloppa znów zaczęli dyktować warunki gry. W 74. minucie w polu karnym United wydarzyła się istna katastrofa, która ostatecznie przekreśliła marzenia piłkarzy Manchesteru o osiągnięciu korzystnego rezultatu.











