W czasie poprzedniego okna transferowego czołowe drużyny Orange Ekstraklasy, jak Zagłębie Lubin czy GKS Bełchatów wyraźnie wzmocniły się, pozbywając się graczy drugoplanowych, a pozyskując nowych, dających szansę na zwycięstwo w lidze. Patrząc na skład zespołów do ust ciśnie się stwierdzenie, że w walce o tytuł nikt nie ma szans z Wisłą Kraków, która powinna zapewnić sobie mistrzostwo w dwóch trzecich sezonu. Rzeczywistość okazuje się zgoła inna.
Gdyby zapytać piłkarskiego kibica, która z drużyn jest w stanie w pierwszych siedmiu nie stracić nawet punktu, większość opdowiedziałaby: „Wisła Kraków”. Kadra, z jakim dziesięciokrotni mistrzowie Polski przystąpili do rozgrywek, rzeczywiście robi wrażenie. Pełno w nich nazwisk byłych i obecnych reprezentantów Polski, jak chociażby Kamil Kosowski, Paweł Brożek, czy Andrzej Niedzielan. Dodatkowo szanse na pozycję lidera po trzydziestu kolejkach miała gwarantować młoda i głodna sukcesów osobowość trenerska w postaci Macieja Skorży. Siedem zwycięstw w siedmiu pierwszych meczach rzeczywiście zostało odniesionych. Lecz nie przez Wisłę, ale przez Legię, której nie wróżono żadnego sukcesu.
W czym tkwi fenomen Legii? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że konfrontacji krakowsko-warszawskiej „Wojskowi” powinni być bez szans. Przynajmniej takie wrażenie można odnieść, powierzchownie porównując obie drużyny. Wystarczy spojrzeć na to, co oba teamy prezentowały podczas przedsezonowych przygotowań. Legia w bardzo kiepskim, żeby nie powiedzieć żenującym, stylu pożegnała się z Pucharem Intertoto. Nawet, gdyby nie wykluczono jej za kibiców, nie miałaby szans w rywalizacji z Vetrą Wilno. Grała słabo, wolno i czytelnie, a w kluczowym momencie zawiódł domagający się schedy po Łukaszu Fabiańskim Jan Mucha. Za to Wisła w ostatnim etapie prezentowała się wręcz wyśmienicie, co można było zobaczyć podczas walki o Chicago Trophy, gdzie podopieczni byłego asystenta Pawła Janasa wygrali turniej, remisując z Regginą i odprawiając z kwitkiem dwukrotnych zdobywców pucharu UEFA z Sewilli.
Podobnie można pomyśleć, jak się przypatrzy składom obydwu klubów. Mariusz Pawełek to w Polsce uznana firma. Z początku w klubach się na niego nie stawiało. Tak było zarówno w Wodzisławiu Śląskim, jak i teraz w byłej stolicy Polski. Jednak gdy już dostawał swoją szansę nie marnował jej, a jego dobre występy zaowocowały powołaniami do kadry Leo Beenhakkera, o czym wyżej wspomniany Mucha może tylko pomarzyć. Jednak to Słowak przyćmił wszystkich, nie puszczając gola przez ponad dziesięć i pół godziny. Linia obrony Legii, porównując do wiślickiej, przypomina zbieranię ludzi z przypadku. O ile Dickson Choto i Tomasz Kiełbowicz mają swoje marki, o tyle anonimowi są Jakub Rzeźniczak i Inaki Astiz. Nieporównywalnie silniejsza wydaje się być formacja złożona z Marcina Baszczyńskiego, Arkadiusza Głowackiego, Marka Zieńczuka oraz Clebera. O ile obie linie pomocy należy uznać za równorzędne, to w ataku zdecydowaną przewagę ma Wisła. Szybkość, technika, skuteczność i doświadczenie są po stronie krakowian. Paweł Brożek i Jean Paulista niewątpliwie w tych aspektach przewyższają Bartłomieja Grzelaka i Takesure Chinyamę. Również nazwisko trenera Jana Urbana nie robi takiego wrażenie, jak Macieja Skorży. Skąd więc na czele znalazła się właśnie Legia?










