Mistrz Polski przegrywał już 0:2, ale udało mu się w końcu wyrównać wynik spotkania z Ruchem. Piłkarze „Kolejorza” mogą jednak czuć pewien niedosyt, bo w drugiej części spotkania mieli zdecydowanie więcej okazji by wyrwać rywalowi komplet punktów.
Mecz zaczął się dla debiutującego w roli menedżera Lecha Jana Urbana tragicznie. Już w 47 sekundzie meczu Ruch wygrywał. Po dwóch latach nieobecności na ławkach trenerskich ekstraklasy przyjąć jeden z najgorzej punktujących zespołów w lidze i przegrywać od 1. minuty? Ciekawe, co wówczas działo się w głowie byłego trenera m.in. Legii i Zagłębia Lubin.
To, co mogło się dziać w myślach jego podopiecznych, zdradzał jeszcze przed odejściem z Lecha Maciej Skorża. Trener, który dał Lechowi mistrzostwo, mówił o piłkarzach „Kolejorza”, że ci fatalnie reagują na pierwsze negatywne bodźce w meczu. Jeszcze gorzej czuli się zapewne dwadzieścia minut później, gdy wszelkie ich dążenia do wyrównania przekreślił ponownie Mariusz Stępiński.

Dwa faule, dwa rzuty wolne, dwa dośrodkowania, dwa strzały głową i dwie bramki. Jan Urban po meczu przyznawał, że najbardziej bolą go dwie stracone bramki przy okazji stałych fragmentów gry. Szczególnie przy tak wysokich obrońcach. Mariusz Stępiński i Patryk Lipski bez skrępowania cieszyli się przed licznie zgromadzonymi kibicami przyjezdnych. Lech grał w pierwszej połowie bardzo słabo. Za wolno, za mało ruchu, brak pomysłów – jakby „efekt nowej miotły” nie miał na nich żadnego wpływu.
Z kolei Ruchowi dwie w dość prosto zdobyty sposób bramki bardzo pomogły w kontekście realizacji założeń na to spotkanie. Goście mogli spokojnie ustawić szyki obronne na 16. metrze i spokojne wyczekiwanie okazje na kontrataki. Takie nadarzały się dość często, bo rywale popełniali sporo błędów w rozegraniu.
Typowo, futbolówkę rywalom do stóp dostarczał Szymon Pawłowski. Tym razem jednak skrzydłowego Lecha można było nazwać najlepszym zawodnikiem w szeregach zespołu. Duży wpływ miał na to fakt, iż jego koledzy – przekonani o wysokiej formie Pawłowskiego – często oddawali piłkę w posiadanie byłemu zawodnikowi Zagłębia Lubin. Ofensywny pomocnik miał dryblować, podawać, strzelać i najlepiej jeszcze odbierać piłki. Zwieńczeniem jego dobrego występu było efektowne trafienie na 1:2 tuż przed ostatnim gwizdkiem Tomasza Musiała w pierwszej połowie meczu.
Druga część spotkania to tzw. „inna bajka”. Jan Urban na konferencji pomeczowej zwracał uwagę, że ten okres gry szczególnie go cieszy, choć przestrzega przed wyciąganiem z niego wniosków o wyjściu z kryzysu. Drugie 45 minut to może nie Lech, którego pamiętamy z drogi po tytuł mistrzowski, ale z pewnością zespół, który potrafił zdominować słabszego rywala tak, jak na to wskazuje różnica w składach personalnych.











