Kiedy w maju ubiegłego roku okazało się, że Mediolan po raz pierwszy od 1961 roku nie będzie gościł europejskich pucharów, w klubach z tego miasta zapanowało istne trzęsienie ziemi. Najczęściej odmienianymi przez przypadki wyrazami przed startem obecnych rozgrywek były transfery oraz zmiany, które miały przywrócić Milanowi i Interowi blask chwały sprzed kilku lat. O ile w niebiesko-czarnej części miasta mogą być zadowoleni z obranej drogi i postępów, tak może się wydawać, że po drugiej stronie cały czas nie wszystko funkcjonuje tak, jak należy.
– Jestem załamany tym, co dzieje się z drużyną w 2015 roku. Nie mogę przez to spać – tak jeszcze w poprzednim sezonie wypowiadał się charyzmatyczny Adriano Galliani, dyrektor generalny Milanu. Trudno mu się dziwić, ponieważ minione rozgrywki okazały się kompletną klapą. Drużyna prowadzona przez legendę zespołu, Filippo Inzaghiego, drugi rok z rzędu nie uzyskała kwalifikacji do europejskich pucharów, ponadto grając mało widowiskowy i archaiczny futbol. 10. miejsce na koniec kampanii, porażki z takimi „gigantami” jak Atalanta, Bologna czy Palermo zrobiły z siedmiokrotnego triumfatora Ligi Mistrzów ligowego średniaka, a ekipy przyjeżdżające na San Siro nie czuły już żadnego strachu, jak to bywało w czasach, kiedy naprzeciw nich stawały gwiazdy pokroju Szewczenki, Pirlo czy Ronaldinho.
Przed rozpoczęciem obecnego sezonu zdecydowano się sięgnąć po radykalne środki mające pomóc drużynie wyjść z kryzysu i marazmu, w jakim się znalazła. Pierwszym posunięciem była zmiana na stanowisku trenera. O tym, że pomysł z Inzaghim, który był pupilem prezydenta klubu Silvio Berlusconiego, nie wypalił, można już było usłyszeć w okolicach marca. Włodarzom Milanu marzyło się sprowadzenie Carlo Ancelottiego, jednak ten wolał zrobić sobie roczny urlop po zwolnieniu z Realu Madryt. Postawiono więc na Sinisę Mihajlovicia, człowieka, który jest dopiero na trenerskim dorobku, jednak Serie A zna doskonale. Trenerskie szlify zbierał m.in. w Catanii czy Fiorentinie, a ostatnio ze sporym powodzeniem prowadził Sampdorię Genua. Mimo dość przeciętnych statystyk (tylko 38,4% wygranych od 2013 do 2015 roku) udało mu się wprowadzić Sampę do Ligi Europy (choć duża w tym zasługa wykluczenia Genoi z pucharów).
Kolejnym punktem miało być odejście od polityki zaciskania pasa i sprowadzania zawodników za grosze bądź z wolną kartą na ręku. Symbolem takiego podejścia byli tacy gracze jak Fernando Torres, Suso czy Alessio Cerci. Po każdym spodziewano się wiele, mieli stać się gwarantem kilku (kilkunastu?) bramek w sezonie, a jednak brutalna rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała potencjał tych piłkarzy.
Tym razem było inaczej – Milan podczas letniego mercato nie szczędził grosza. Na wzmocnienia wydano oszałamiającą kwotę 90 milionów euro! Tylko Juventus potrafił wyłożyć większe pieniądze latem, jednak tam o kryzysie sportowym czy finansowym nie słyszano od dawna. Największą wagę przyłożono do pozycji napastnika. Za 30 milionów euro sprowadzono Carlosa Baccę z hiszpańskiej Sevilli, za osiem milionów gwiazdę Szachtara Donieck, Brazylijczyka Luiza Adriano, a kolejną szansę na odrodzenie się dostał Mario Balotelli. Do tego dorzucono młodych i perspektywicznych Alessio Romagnolego i Andreę Bertolacciego. Wydawać by się zatem mogło, że w Milanie wszystko zmierza ku lepszemu. Symbioza ciekawych transferów z trenerem, który w poprzednim klubie wykonał dobrą robotę, pozwalała wieszczyć, że „Rossoneri” po kilku latach posuchy ponownie zagoszczą w czołówce Serie A.













