W weekend na angielskich boiskach odbyła się trzecia kolejka Premier League. Rozegrano kilka ciekawych spotkań, a w niedzielne popołudnie zafundowano deser w postaci meczu Liverpoolu z Arsenalem. Tradycyjnie już, można powiedzieć, nie obyło się bez czerwonej kartki spowodowanej bezmyślnym atakiem na nogi rywala. Prawdziwą „truskawką na torcie” była z kolei bramka Charliego Danielsa.
Horror na Vitality Stadium
Trzecią serię spotkań inaugurowało starcie Bournemouth z Manchesterem City. Zdecydowanym faworytem była tutaj ekipa Pepa Guardioli. Gospodarze przed tym meczem nie dość, że nie mieli na koncie żadnego punktu, to nawet nie udało im się strzelić gola. „Obywatele” chcieli natomiast odkuć się po meczu z Evertonem, w którym stracili dwa oczka i Walkera, ukaranego czerwoną kartką. W mecz lepiej weszli gospodarze – grali z werwą, ambicją i odważnie. Nie starali się murować swojej bramki, broniąc do niej dostępu całym zespołem, ale z pewnością siebie rozgrywali futbolówkę, raz po raz zagrażając bramce strzeżonej przez Edersona. Ich miła dla oka gra została wynagrodzona bramką w 13. minucie. I to jaką! Lewy obrońca „Wisienek”, Charlie Daniels, dopadł do piłki, nieudolnie wybitej przez obrońców City, i potężnym strzałem zza pola karnego pokonał bramkarza rywali. Piłka odbiła się jeszcze od poprzeczki i zatrzepotała w siatce. Ederson był tutaj bez szans. Wątpliwe jest, by którykolwiek z bramkarzy był w stanie obronić to uderzenie. Radość gospodarzy nie trwała długo, ponieważ swój błysk geniuszu zaprezentował David Silva. Hiszpan fenomenalnym podaniem wyprowadził Gabriela Jesusa, który tylko trącił piłkę, by ta wpadła do siatki. Po tej bramce Manchester City zaczął kontrolować spotkanie – grał tak, jak do tego przyzwyczaił. Skrzętnie korzystał z tego, że Nathan Ake, środkowy obrońca Bournemouth, był w sobotę w fatalnej dyspozycji. Zawinił przy bramce i tak na dobrą sprawę powinien wylecieć z boiska, kiedy w 23. minucie faulował Jesusa wychodzącego sam na sam z bramkarzem. Sędzia był łaskawy i pokazał Ake tylko żółtą kartkę.
Prawdziwy festiwal rozdawania kartek przez sędziego, Pana Mike’a Deana, rozpoczął się w drugiej połowie. Piłkarze zdecydowanie poczuli krew, było kilka stykowych sytuacji, w których żaden z zawodników nie odstawiał nogi. To owocowało spięciami między poszczególnymi graczami, na przykład tak swoją pierwszą żółtą kartkę dostał Raheem Sterling – za odwet i faul na Harrym Arterze. Łącznie arbiter pokazał dziesięć żółtych kartek i jedną czerwoną. Choć trzeba sobie powiedzieć jedno: Dean zupełnie nie przesadzał z upominaniem, to piłkarze zmusili go do tak częstego przerywania gry. Goście dominowali w drugiej połowie, dążyli do zdobycia gola, a gospodarze ograniczali się do kontrataków. Jeden z nich mógł przynieść im bramkę, ale Joshua King (Norweg kilka ładnych lat spędził w Manchesterze United, stąd może były to dla niego odrobinę „derby”) trafił tylko w słupek. A City takich prezentów nie marnuje. Kiedy sędzia doliczył pięć minut, podopieczni Eddiego Howe’a grali na czas, kradli każdą sekundę, byleby dowieźć remis do końca i zdobyć pierwszy punkt w sezonie. Tak się jednak nie stało. Zegar wybijał 97. minutę, kiedy bramkę na wagę zwycięstwa Manchesteru City zdobył nie kto inny, jak Sterling, który przeciwko „Wisienkom” zdobył już sześć goli w Premier League. Anglik tak się cieszył z kibicami ze swojej bramki, że w ocenie sędziego przesadził i dostał drugą żółtą kartkę, w konsekwencji czego musiał opuścić boisko w 99. minucie meczu. To oznacza, że skrzydłowy City będzie zawieszony na mecz z Liverpoolem. Swoje problemy ma też Sergio Aguero, który został oskarżony przez jednego ze stewardów o uderzenie. Argentyńczyk na swoim profilu społecznościowym zdecydowanie temu zaprzecza. Koniec końców, City powraca do Manchesteru z trzema punktami, a Bournemouth wciąż ma problem w postaci zerowego dorobku punktowego. Może przerwa reprezentacyjna okaże się dla niego zbawienna i po niej w końcu zacznie wygrywać.














