Dwóch pretendentów do zdobycia królewskiej korony, a tylko jedno miejsce dla ostatecznego zwycięzcy – tę śpiewkę zna każdy, kto choć w minimalnym stopniu śledzi piłkarskie poczynania tuzów wyspiarskiego futbolu. Istna gra o tron, pojedynek najznakomitszych wizjonerów w swoim fachu i po prostu kolejny mecz o tytuł mistrza Anglii. Juergen Klopp i Pep Guardiola, Liverpool i Manchester City, lider i wicelider… Wieczór, któremu warto było poświęcić czas. Wieczór, który należał do Liverpoolu.
Ostatnie pojedynki obecnie najlepszych ekip w Premier League właściwie nigdy nie zawodziły. Niemal zawsze padały w nich bramki (w erze Guardioli i Kloppa tylko raz przydarzył się bezbramkowy remis) i niemal zawsze totalną abstrakcją było wskazanie w nich faworyta. Jedynym pewnikiem było zawsze to, który zespół musi gonić, a który na wygodnym fotelu lidera czeka na ruch przeciwnika. Tym razem bufor bezpieczeństwa w postaci sześciu punktów posiadał Liverpool. Liverpool, który zdał dzisiaj najważniejszy egzamin od momentu triumfu w Lidze Mistrzów. Co więcej, zabił również marzenia niejednego kibica „Obywateli”.
Kontrowersja wyznaczyła kurs spotkania
Kraj krytykujący system VAR dniami i nocami? A jakże! Anglia. Od dłuższego czasu nie ma takiego weekendu, po którym tamtejsza technologia wspomagająca sędziów zyskałaby sobie sprzymierzeńców. Wątpliwe decyzje o anulowaniu bramek, brak analizy wobec kontrowersyjnych zdarzeń, niezrozumiałe interpretacje zagrań ręką – ot, cały VAR na boiskach Premier League.
Często mówi się, że najlepszy produkt powinien otrzymywać adekwatne do poziomu sportowego opakowanie. I o ile do wielu kwestii w najlepszej lidze na świecie nie można mieć zarzutów, o tyle do funkcjonowania wyżej wspomnianego systemu trudno podchodzić z pozytywnym nastawieniem. Bo skoro na szali znajduje się mistrzostwo Anglii, a wydarzeniem wieczoru jest jeden z dwóch najważniejszych meczów w całej lidze, nie ma miejsca na kontrowersje. Niestety teoria zakłada „A”, praktyka mówi „B”.
A zatem: czy w polu karnym „The Reds” należało podyktować „jedenastkę” dla strony przyjezdnej? Bernardo Silva parł na bramkę Alissona, ale zatrzymał się na Dejanie Lovrenie, po czym piłka w przypadkowy sposób odbiła się od jego ręki i… zmierzała do Raheema Sterlinga, którego uprzedził Trent Alexander-Arnold. Co ważne, nie nogą czy głową, lecz ręką, która w przeciwieństwie do tej Portugalczyka nie była ułożona naturalnie.











